niedziela, 12 września 2010

Srebrem malowane

Tym razem ćwiczenie drugie: artclay'owe, srebrne listki wykonane żabimi płetwami.



Jeszcze trochę przede mną...:)

poniedziałek, 6 września 2010

Srebrem modelowane

ArtClay to odzyskane przemysłowo (m.i.n. ze zużytych klisz, z wyrobów jubilerskich i dentystycznych) czyste złoto lub srebro do którego po oczyszczeniu dodaje się włókienną papkę oraz wodę. Powstaje w ten sposób masa podobna do plasteliny, którą można formować jak plastelinę, tworząc dowolne przedmioty. Kiedy zastyga, staje się sucha i twarda jak gips, zaś po wypaleniu palnikiem, w piecu lub na metalowej siatce umieszczonej nad zwykłą kuchenką gazową, staje czystym (99’9%) srebrem lub złotem (22 karaty). Można tę substancję obrabiać zarówno jak plastelinę, suchą glinę, czy – po wypaleniu – jak metal. Można łączyć z innymi materiałami, zarówno tymi, które wymagają lub pozwalają na wypalanie (szkło Dichroic, emalia, cyrkonie, modelina) jak i tymi, które umieszcza się już po wypaleniu przedmiotu (inne kamienie szlachetne, filc, także klasyczne srebro i złoto).
Materiał narodził się w Japonii. Kazuo Aida, właściciel Aida Chemical Industries Co Ltd. badał używane w przemyśle fotograficznym światłoczułe materiały zawierające srebro i wpadł na pomysł odzyskania tegoż. Prowadzono również próby nad podobnym „recyklingiem” innych metali – z tym były kłopoty, ze względu na utlenianie się materiału podczas wypalania, którego to procesu nie dało się ograniczyć. Udało się to w końcu Amerykanom – w 2008 roku na konferencji PMC zaprezentowano efekt pracy Billa Strouve, Hadara Jacobsona i Celie Fago, czyli BronzClay (zawiera 11% cyny, 89% miedzi, wodę i spoiwa włókienne; po wypaleniu powstaje brąz gęstości ok. 90 %) i CopperClay (zawiera miedź, wodę i spoiwo – po wypaleniu powstaje miedź o gęstości 95%).
ArtClay ma różne formy. Blok ("cegiełki" od 7 do 50 g), pasta, masa w strzykawce (idealna do tworzenia delikatnych wzorów), "Overlay" do malowania na podkładkach ceramicznych... Japończycy wymyślili też papier ArtClay, czyli po prostu ArtClay w formie papieru, idealny do składania srebrnych origami.
Żaba miała w tę niedzielę okazję pierwszy raz zrobić coś z ArtClay. Faktycznie, kształtuje się jak plastelina, tylko trzeba uważać, bo szybko wysycha. Najwięcej emocji sprawiło wypalanie palnikiem zawieszki położonej na skamolexie – trzeba było uważać, żeby nie przepalić. I moment, kiedy płytka robiła się różowawa, a papier zawarty w środku buchnął nagle ogniem. Potem, po ostudzeniu w zimnej wodzie czyści się to drucianą szczoteczką i mamy srebrną ozdóbkę. Wprawdzie krzywa, nieforemna, ale początki są zawsze trudne – potem będzie (mam nadzieję) lepiej. Na następnych zajęciach malujemy Artclayem listki i będą kolczyki lub zawieszka.
A poniżej nieco koślawy wyrób żabich płetw:)




sobota, 4 września 2010

Lubienia jesiennego c.d

Do zabawy w "to lubię"
pozwoliłam sobie zaprosić:
1. Moją przygodę czyli Yvettę od kartek i pięknych robótek
2. Hankową Dżo z całym jej stylem
3. Vanilladecor z pięknych wnętrz
4. Shadow of Mind
5. magamarę z deszczowej wyspy
6. jadwiszkę z jej cudnymi kolczykami
7. Nieco bezczelnie, ale mam nadzieję, że wybaczy, bo nie mogę się oprzeć:) - Vinyamar morsko-nostalgiczno-baśniowy
8. Weronikę i Tomka opisujących zaskakujące niekiedy życie w kraju Królowej Małgorzaty
9.Sabbath of sense piszącą o zapachach, jak pisałby chyba Szalony Kapelusznik, gdyby się udzielał w internecie
10.Left Moon of Side z czarno-białymi impresjami

I nie byłabym sobą, gdybym nie złamała zasad;P, nie darmo moim ideałem jest Gaudi wszędzie wsadzający do rysunków architektonicznych "coś od siebie"
wiewiórka jako punkt dodatkowy:), choć już brała udział.

piątek, 3 września 2010

To lubię jesiennie

Skończyło się lato, minęły wakacje. Mnóstwo pracy przede mną, a za mną tony przeczytanych dziwnych książek, które...
lubię.
Ostatnio wciągają mnie kryminały, szczególnie rosyjskie, Tatiany Polakowej i Aleksandry Marininy - jest tam wszystko to, co najbardziej lubię w kryminałach, a więc - zagadka, humor i koloryt kraju, z którego wywodzi się autor. I mnóstwo smaczków życia rosyjskiego, przemyconych mimochodem. Uczciwie mówiąc - głównie dlatego czytam kryminały.Ale o tym niebawem.
Na razie , dziękuję wiewióreczce morskiej, opisującej na swoim blogu wdzięcznie życie z kotem o imieniu Haker, podróże, robótki, wypieki, wszystkie małe orzeszki leszczynowe, z których składa się życie; nanizane na gałązki z ulubionych krzewów, drzew i zawieszone na kwiatach z wiewiórczynego ogródka, tworzą miły oku kolaż, raz kolorowy, raz czarno-biały, za zaproszenie do zabawy w "to lubię". Pewnej fance pewnego pięknego japońskiego muzyka także dziękuję za to samo:P.
Zabawa w "To lubię".

Zasady zabawy:
1) podaj kto zaprosił Cię do zabawy.
2) wymień 10 rzeczy, które lubisz.
3) przekaż nagrodę kolejnym 10 blogerom
i poinformuj w komentarzach o tym fakcie.

Lubię:
1. Czytać ciekawe książki w fotelu przy herbacie i ciasteczkach. Najlepiej w kawiarni.
2. Odwiedzać wszystkie znane i nieznane knajpki, w celu sprawdzenia, co jest do zjedzenia.
3. Świat Tolkiena. Im go więcej, tym lepiej.
4. Analizy retoryczne. I historyczno-literackie tekstów. Czytać. Im więcej, tym lepiej.
5. Spać. im więcej tym lepiej.
6. Wędrować przed siebie. J.w.
7. Moich przyjaciół. Takich prawdziwych.
8. Huśtać się na wszystkich napotkanych huśtawkach
9. Rysować i malować
10. Marzyć sobie.
11....
Ups. Tylko 10? Jeszcze mi dużo zostało...
Lista zaproszonych będzie wieczorem:)

poniedziałek, 31 maja 2010

Klatka

Samotność -
Świerszczyk w klatce
Na ścianie
(Basho)

Kruszonka

Ciasto drożdżowe nie zawsze wychodzi. Generalnie, to podobnie jak sernik – jednemu się udaje, innemu nie. Do najbardziej spektakularnych żabich prób należało pieczenie ciasta w górach, w prawdziwym piecu, w duchówce, opalanym drewnem. Pięknie się wyrobiło, a jakże, wyrosło.
- Tato – wrzeszczałam przez komórkę na balkonie. – ile to się ma piec?
-45 minut!
Po 15 z wnętrza duchówki wydobywać się zaczęły kłęby czarnego dymu. Chyba coś poszło nie tak. I to nawet bardzo, bo piec był za gorący. Tak że pamiętajcie, jeśli zamierzacie przyrządzać ciasto w nieelektrycznym piekarniku, sprawdźcie najpierw jaką temperaturę ma piec. Bo inaczej smakołyk trafi na stół pięknie spalony z wierzchu, a półsurowy w środku.
Ale i tak najważniejsza jest kruszonka. Najlepiej duuużo!

ok. szklanki mąki
6 łyżek cukru
6 łyżek miękkiego masła (można sklarować i wlać ciepłe, acz nie gorące w mąkę z cukrem)

Wymieszać dokładnie dokładnie i rozkruszyć, a potem posypać ciasto.

A, prawda, ciasto.

Zasady:

Piekarnik nagrzać od razu po wejściu do kuchni.

W kuchni nie ma być:
a) przeciągów
b) kłótni (ani małżeńskich, ani partnerskich, ani przyjacielskich, ani żadnych)
c) hałasów, trzaskania drzwiami
d) do ciasta przykrytego ściereczką nie zagląda się co trzy minuty, bo się obrazi i siądzie!

Można czytać w przerwach. Szczególnie czekając na wyrośnięcie.

pół garnca (5 szklanek) mąki (temp. pokojowa)
jedna i pół kwaterki letniego mleka (15 łyżeczek lub 7,5 łyżek)
2 łyżki drożdży
7-8 jajek
szklanka cukru
szklanka masła
(wszystko w jednakowej, pokojowej temperaturze)

Drożdże namoczyć w 0, 5 kwaterki (5 łyżeczkach lub 2,5 łyżkach) mleka, rozczynić nimi i resztą mleka mąkę, odstawić ciasto, przykryte ściereczką, do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Musi podwoić objętość. Potem wlać 7-8 ubitych dobrze jaj, szklankę szklanki cukru, szklankę masła (roztopionego, ciepłego i ma się stapiać powoli, nie wrzeć), szczyptę soli (uważać, żeby nie celować w drożdże), wyrobić z resztą mąki aż zacznie odstawać od ręki. Odstawić pod przykryciem, do wyrośnięcia. Kiedy ponownie podwoi objętość, ułożyć w formie wysmarowanej grubo masłem lub margaryną. Odstawić w ciepłe miejsce, niech znów podrośnie, wyjąć, posmarować gęsto dobrze rozbitym jajkiem, posypać kruszonką i wstawić do rozgrzanego pieca na ok. pół godziny (najlepiej żeby na dole było cieplej niż na górze).

To był przepis stary (nieco zmodyfikowany, bo z połowy składników - normalnie trzeba wziąć garniec mąki, trzy kwaterki mleka...stara, poczciwa Ćwierciakiewiczówna) teraz nowszy:

10 dkg drożdży
3 łyżki letniego mleka
1 łyżka cukru
1 kg mąki
5 - 6 jajek
1 szklanka cukru
2/3 kostki masła
olejek waniliowy
szczypta soli
1/2 l mleka

Drożdże rozkruszamy z letnim mlekiem i łyżką cukru w garnuszku, odstawiamy aż lekko podrosną. Podgrzewamy pozostałe mleko i roztapiamy delikatnie masło – obie substancje mają być ciepłe, nie gorące. Mąkę przesiewamy do miski, kiedy zaczyn podrośnie wlewamy go do tejże, dodajemy roztopione masło, wbijamy jajka, dodajemy olejek waniliowy, cukier, odrobinkę soli, a na końcu połowę mleka. Wyrabiamy wszystko i kiedy powstanie jednolita masa, wlewamy resztę mleka. Wyrabiamy aż zacznie „odchodzić” od ręki. Odstawiamy, przykrywamy ściereczką i czekamy ok. godziny (czasem więcej) aż podwoi objętość. Potem dzielimy, rozwałkowywujemy i wkładamy do foremek. Foremki wstawiamy w ciepłe miejsce, żeby ciasto znów podwoiło objętość. Smarujemy rozkłóconym jajkiem, posypujemy kruszonką, wstawiamy do piecyka, pieczemy.


Najlepiej się takie ciasto je z masłem i popija kakao:

kubek mleka
2 lub 3 łyżki kakao
cukier (ile kto lubi)

Podgrzać mleko z cukrem, do ciepłego, ale nie wrzącego dodać kakao, zagotować, podawać. Jeśli ktoś lubi urozmaicenia i zapchanie się, może podać kakao z pianką (ubijamy białko lub białka z cukrem - może być trzcinowy i dajemy na wierzch kakao), można obok cukru dodać laskę wanilii (albo cukier waniliowy), lub połączyć kakao z koglem –moglem lub startą i rozpuszczoną w mleku czekoladą....
Ponoć chili też można dodać.
Ale do zwykłego placka, jednak najbardziej smakuje zwykłe kakao.

piątek, 28 maja 2010

Trzeba się czasem napić

Czasem się trzeba czegoś napić.
Czas na herbatę, a Francuska rozkopana. Ma to jedną zaletę – nikt nie przejedzie Cię na światłach, a światła w Warszawie osobnika niezmotoryzowanego denerwują. W takiej Angli np. jeśli naciśniesz odpowiedni guziczek przy sygnalizatorze, światło się zmienia natychmiast. Nie mówiąc o tym, ze wystarczy, żeby pieszy zbliżył się do krawędzi chodnika, a samochody jadące naprzeciw zaczynają wytracać prędkość. U nas wprawdzie nie ma wolnoamerykanki jak we Lwowie czy Kijowie, ale pieszy chcący przejść przez jezdnię jest osobnikiem nieporządanym. A tak, tak, przez „rz”, a nie poczciwe prawidłowe „ż”. Lepiej oddaje, niestety, stan umysłu niektórych kierowców. Zdarzają się przypadki, że i na zielonym świetle potrafi ktoś przejechać na zasadzie, „a nuż się uda, glin nie widać”. Jest to jeden z uroków życia wielkomiejskiego, niemniej wolę jakoś mniej ruchliwe arterie.
Rozkopana Francuska stanowi ciekawy kontrast dla oczu i gimnastykę dla nóg, zwłaszcza po ostatnich deszczach – w pantofelkach trzeba ostrożniej.
Jako że, jak pisałam, mam czas na herbatę, zaglądam częściej do herbaciarni „Ganders Tea Room”. Pamiętam ją jeszcze sprzed kilku lat, gdy była tam franczyzowa filia „Tea Time”, która to sieć zniknęła z Warszawy, potem „Garden Tea House”, ale jedno się nie zmieniło: herbata, wystrój i scones.
Najlepsze z masłem i konfiturą, do tego herbata z mlekiem i koniecznie jakiś romans, najlepiej „Wichrowe Wzgórza” lub cokolwiek Jane Austen, względnie Henry’ego Jamesa. „Śniadanie u Tiffany’ego” (ulubione od czasu pysznej roli niezapomnianej Audrey w ekranizacji tego opowiadania) też się sprawdziło.
Mam swój ulubiony kącik i jest tam sofa. Tuż w salce przy wejściu, ozdobiona poduszkami, w sam raz do zwinięcia się w roli pieska kanapowego. Odkryłam ten miły mebelek przypadkiem, przez meszki czy komary, nie rozróżniam. W sezonie te zwierzątka upodobały sobie ogródek na tyłach lokalu i stoliki przy których siedzą goście. Generalnie nic przeciw meszkom nie mam (też stworzenia Boże), poza tym, że niestety, rozmijają się nam priorytety. One gryzą, a ja nie lubię być gryziona. Dlatego, kiedy mogę (i nie jest za duszno) zagarniam, jako zwierzątko kanapowe, sofę.
Herbata na ogół English Breakfast, względnie czasem coś się wypróbowywuje z bogatej oferty. Można też zjeść, obok ciast i ciasteczek, niezłe naleśniki na słodko i ostro, tosty, grzanki, croissanty z dodatkami i to w całkiem (jak na Warszawę) rozsądnej cenie.
No i klimat, trochę staroświecki, przytulny, urok starych koronek...Tylko arszeniku mi brakowało. Następnym razem wezmę tam "Człowieka, który wiedział za dużo" lub starego, poczciwego Poirota lub pannę Marple, włożę koronkowe rękawiczki, szpilki i będę się bawić w pudelka sofowego. Moze z senchą sakurą w roli głównej - ale do senchy pasowałoby mi coś japońsko-angielskiego. O, "Pejzaż w kolorze sepii" Ishigury, dziwną historię o matce i córce, z dziwną konstrukcją narracyjną.
Czasem nie tylko trzeba się napić, ale i poczytać coś lekkiego.

żabi blok

Jako że jest to żabi blok (żabie rysunki będą, będą), witam potencjalnych czytelników stosownym i staroświeckim (jak na żabkę) : kum! kum! kum!