Warszawa – okolice "Mariotta"
Słońce mi daje po oczach. Przesunęłam stolik bliżej drzwi – z lewej strony ciepła plama światła, z prawej chłód z przedsionka przy otwieraniu drzwi. Kotary są niebieskie z łososiowymi wzorami.
Krupnik chłodnawy, taki sobie, za to sałatka z avokado nader smaczna. Herbata stygnie w dzbanku. Dawno nie czytane „Wysokie Obcasy”, a w nich tekst o Zofii Chomętowskiej i jej fotografiach rejestrujących codzienne życie i tych artystycznych, robionych leicą, ówczesnym iPhone’em, jak go określa autorka tekstu o pani Zofii.
Jeszcze jedna herbata. I sernik z kruszonką. W „Gościu niedzielnym” wywiad z Liberą, tym od „Madame”, o współczesnej dobrej literaturze, a raczej jej braku. Witkacy jednak miał rację z końcem wielu dawnych sztuk. Trudne dni w tygodniu , chandra i chwila przyjemności czyli kawiarnia.
Warszawa – Nowy Świat
Patiseria "Vincent" na Nowym Świecie i Wielki Bazar Kolejowy Paula Theroux. Jak u Agathy Christie – cały świat, mikroświat w pociągu. Literackie skojarzenia samego autora. Postaci jak ze stereotypu. Francuzi tradycyjnie kaleczący język, dziwaczny agent aktorski lubiący pić, współpasażer w za dużym płaszczu, tweedowym kaszkiecie i w bezkształtnych butach, jedzący salami. Brak wagonu restauracyjnego. Na razie Domodosiola, gdzie narrator, Difficult i agent kupują wino od sprzedawcy peronowego. Orient Expres słynął kiedyś ze wspaniałej obsługi, teraz słynie z jej braku. Egzotyczna podróż, spokojny, powolny język. Krótkie konkretne zdania toczące się powoli jak niespieszny pociąg. Jak sama podróż. Trzeba niestety zamknąć książkę, szybko dopić herbatę i dojeść kanapkę. I opuścić ulubiony stolik pod oknem, z widokiem na Nowy Świat – inna wielbicielka tego miejsca czeka. Tak się przeplata, trochę życia, trochę książek.
Kraków
„Chimera” jak zwykle trzyma poziom. Na zadaszonej werandzie sporo gości. Ciepło, przytulnie, drewniane stoliki i krzesła, obrusy w róże. Herbata w dużych kubkach, patera przekąsek, sałatki i dwa kawałki ciepłych dań, risotto szpinakowe i zapiekane mięso z dynią. Potem pieczone kasztany. I chyba jeszcze jedna herbata oraz ciasto dyniowe.
Ciastko z dyni ma dziwny słodko-korzenny smak, przyjemne uczucie zostaje na języku. Herbata zwykła czarna, z cytryną. Bez szaleństw. Wspomnienia z wystawy Turnera, z zestawień żywiołów wody, powietrza i ziemi, każdego przedstawionego inaczej. Szczegółowe dopracowanie szczegółów w niektórych pracach, w innych zderzenie kolorów, światła i zamaszystych ruchów pędzla. Głównie akwarela, gwasz, kreda i piórko, dwa albo trzy oleje, w tym „Margate widziane z morza”, na którym morze rozpościera się jak łąka, akurat dobrze powspominać to pod szklanym daszkiem, w którym przegląda się ołowiane krakowskie niebo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 lutego 2012
wtorek, 4 października 2011
róża
W sercu małej Tereski zakwitły róże
moja jest przełamana na pół.
Między połówkami wojna
wyciągają ze swego arsenału
szable i miecze i karabiny;
czołgi rozjeżdżają gąsienicami pola,
pogięte kłosy zbóż w czerni żałoby
i ostrej bieli smutku ziemi jałowej.
Krew, krzyk, gniew, ostrza słów
a wśród nich
ja
sama
wołam milcząco
Panie.
moja jest przełamana na pół.
Między połówkami wojna
wyciągają ze swego arsenału
szable i miecze i karabiny;
czołgi rozjeżdżają gąsienicami pola,
pogięte kłosy zbóż w czerni żałoby
i ostrej bieli smutku ziemi jałowej.
Krew, krzyk, gniew, ostrza słów
a wśród nich
ja
sama
wołam milcząco
Panie.
środa, 24 sierpnia 2011
Ślad Orfeusza
Stare kobiety w Rodopach twierdzą, ze szukanie Eurydyki zajęło Orfeuszowi trochę czasu. Przekroczył czterdziesci dni, czyli okres, kiedy dusza przebywa jeszcze w półswiecie – kiedy ten czas mija, musi ona pozostać w krainie zmarłych. To bardzo chrześcijańskie wierzenie głęboko osadzone na Bałkanach. Nie miało zatem znaczenia czy Orfeusz obejrzał się, czy nie. Wiele różnych opowieści i interpretacji mitu o Orfeuszu i Eurydyce krąży po Rodopach. Mówi się, że skały w Pamporowie miały pęknąć, kiedy boski śpiewak lamentował nad ciałem ukochanej zmarłej. Ponoć pierwszą jaskinią do której zszedł była grota w Lepnicy. Schodził 1400 metrów w dół ze swą lirą. Miał we wnętrzu Góry spędzić ponad miesiąc, pijąc tylko wodę spływającą ze skał. Potem czekał na ukazanie się wrót Krainy Cieni. Zginąłby, gdyby nie Afrodyta. To bogini miłości przyszła do śpiewaka, wzruszona jego cierpieniem i powiedziała mu, w której jaskini naprawdę znajduję się wejście do Hadesu. Ponoć uprosiła Morfeusza o uśpienie śpiewaka i razem wynieśli go na powierzchnię. Inna wersja legendy mówi, że kiedy Orfeusz zaczął śpiewać i grać na lirze, prosząc o pomoc w opuszczeniu jaskini, nietoperze wczepiły się pazurkami w jego szaty i uniosły go w słoneczny świat. Podanie mówi, ze Orfeusz zszedł do Hadesu w miejscu zwanym Diawolsko Gyrło.
Czy tak było w istocie - nie wiemy. Ale pięknie o tym wszystkim i o samych Rodopach oraz o kulturze, zwyczajach i rodzinnych historiach tego zakątka Bułgarii pisze pani Ałbena Grabowska- Grzyb w „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Jest też sporo kulinariów i ciekawych informacji historycznych o całym kraju. Ot, choćby o tym, jak zupełnie inaczej podchodzi się w Bułgarii do ludzi. Pytania o męża, rodziców, dzieci nie są pytaniami osobistymi, tylko zwykłymi pogawędkami. Wielu Polaków przyjęłoby coś takiego za niekulturalność, ingerencję w prywatne życie. A tam to nie brak kultury, tylko właśnie jej przejaw. Co skłania do zamyślenia nad typami ludzi i kulturą w ogóle - bowiem może się okazać, że tak czasem denerwujące u nas pytania ciotek i znajomych mogą być podyktowane troską, a nie niegrzecznoscią i brakiem kultury... Zabawna byla opowiesć o najbardziej zasymilowanym w Rodopach Angliku o jakim słyszała autorka. Hoduje w swojej posiadlosci konie, kupił i odrestaurowal staroswiecki powóz, którym jeździ po wsi, a wieczory spędza na podworzu miejscowego sklepu, dyskutując z miejscowymi i ucząc się grać w damę. Na tle innych swoich rodaków (ponoć Anglicy chętnie kupują domy we wsiach srodkowej Bulgarii), którzy na ogół odgradzaja sie od miejscowych wysokimi płotami i robią zakupy w odleglych miastach, jest rzeczywiscie wyjątkiem...O Anglikach wspominam, jako że często przeglądaną ostatnio lekturą jest na moim biurku "Życie po angielsku" Katarzyny Krzyżogórskiej-Pisarek oraz "Elisabeth i jej ogród" Elisabeth von Arnim (ale o nich innym razem), gdzie dosć specyficznie opisywany jest, jakby to rzec, angielski charakter.
Wracając do Bułgarii polecam książkę pani Ałbeny, acz nie mogę wydawać sądów o prawdziwości faktów historycznych tam opisanych (bo się nie znam) i ocen czasami przytaczanych przez autorkę – niemniej w warstwie obyczajowej (i opisie charakteru Bułgarów) to bardzo ciekawa lektura. W sam raz na wakacje w górach. Najlepiej w Rodopach.
Ałbena Grabowska-Grzyb, Tam, gdzie urodził się Orfeusz, Swiat Książki, Warszawa 2011.
Czy tak było w istocie - nie wiemy. Ale pięknie o tym wszystkim i o samych Rodopach oraz o kulturze, zwyczajach i rodzinnych historiach tego zakątka Bułgarii pisze pani Ałbena Grabowska- Grzyb w „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Jest też sporo kulinariów i ciekawych informacji historycznych o całym kraju. Ot, choćby o tym, jak zupełnie inaczej podchodzi się w Bułgarii do ludzi. Pytania o męża, rodziców, dzieci nie są pytaniami osobistymi, tylko zwykłymi pogawędkami. Wielu Polaków przyjęłoby coś takiego za niekulturalność, ingerencję w prywatne życie. A tam to nie brak kultury, tylko właśnie jej przejaw. Co skłania do zamyślenia nad typami ludzi i kulturą w ogóle - bowiem może się okazać, że tak czasem denerwujące u nas pytania ciotek i znajomych mogą być podyktowane troską, a nie niegrzecznoscią i brakiem kultury... Zabawna byla opowiesć o najbardziej zasymilowanym w Rodopach Angliku o jakim słyszała autorka. Hoduje w swojej posiadlosci konie, kupił i odrestaurowal staroswiecki powóz, którym jeździ po wsi, a wieczory spędza na podworzu miejscowego sklepu, dyskutując z miejscowymi i ucząc się grać w damę. Na tle innych swoich rodaków (ponoć Anglicy chętnie kupują domy we wsiach srodkowej Bulgarii), którzy na ogół odgradzaja sie od miejscowych wysokimi płotami i robią zakupy w odleglych miastach, jest rzeczywiscie wyjątkiem...O Anglikach wspominam, jako że często przeglądaną ostatnio lekturą jest na moim biurku "Życie po angielsku" Katarzyny Krzyżogórskiej-Pisarek oraz "Elisabeth i jej ogród" Elisabeth von Arnim (ale o nich innym razem), gdzie dosć specyficznie opisywany jest, jakby to rzec, angielski charakter.
Wracając do Bułgarii polecam książkę pani Ałbeny, acz nie mogę wydawać sądów o prawdziwości faktów historycznych tam opisanych (bo się nie znam) i ocen czasami przytaczanych przez autorkę – niemniej w warstwie obyczajowej (i opisie charakteru Bułgarów) to bardzo ciekawa lektura. W sam raz na wakacje w górach. Najlepiej w Rodopach.
Ałbena Grabowska-Grzyb, Tam, gdzie urodził się Orfeusz, Swiat Książki, Warszawa 2011.
sobota, 4 grudnia 2010
Muzyczno-kulinarnie
Bliskie mi rozważania Philippe Baussanta z „Barokowej melokuchni” , co "nie tuczy”, spowodowały szybki skok w kierunku lodówki i zlustrowanie jej. Zawartości. Serek wędzony i białe wino? Są.
Rzecz w słowach, myśli przewodniej dzieła i metaforach. Słowo, to zwodnicze narzędzie wszelkiej wypowiedzi, każdej opowieści, jest mniej uchwytne niż ołówek, czy pędzel.
Jedynym, co możemy zrobić, aby złapać rzeczywistość, doznanie, uchwycić coś, co niepochwycalne, to zmetaforyzować, nadać słowu , bądź kilku słowom, znaczenie głębsze niż to, doświadczalne. Zdaniem niektórych, dawniej większość słów, o ile nie wszystkie, miały to niepochwytne, metaforyczne znaczenie - przechodzenie od konkretu, doświadczanego do metafizycznego, pojmowanego, ale nieopowiedzianego, potem dopiero rozmieniliśmy mówienie na ścisłe, dokładne wyjaśnianie i kategoryzowanie. Pokroiliśmy świat na działki, szufladki, opisując choćby miłość jako proces chemiczny, bądź jednostkę chorobową, zamiast płomienia, czy strzały boskiego psotnika, synka Afrodyty czy Wenus, Anadyoménē, tej kapryśnej bogini, wyłaniającej się z piany morskiej, na muszli jak w wizji florenckiego mistrza.
A jak za pomocą metafory opisać muzykę? Używając wszystkich pięciu zmysłów, smaku, dotyku, słuchu, węchu, wzroku? Mamy barwę dźwięków muzyki, gęstość, smak?
Odkąd sama zaczęłam dostrzegać, że muzyka to nie jedna fala, ale zbiór, cały wodospad różnorakich dźwięków, składających się na jedną ciągłą smugę, sama mam wrażenie smaku – innymi słowy, podobnie jak przy czytaniu „Klubu Pickwicka” zaczynam być głodna.
A oto zdanie, z którego Beaussant jest sam dumny, barokowe i metaforyczne, jak przystało na frazę o XVIII wiecznych organach: „Szczególny smak wielkich organów francuskich XVIII wieku polega na miękkości burdonów, na smaku świeżych owoców fletów, na mocy taniny rejestrów krummhornów i kwaśności mikstur” – w oryginale brzmi to zapewne lepiej. Przy okazji ciekawie grają ze sobą niemiecka i włoska terminologia we francuskim tekście – ale wszak muzyka organowa nie była wynalazkiem i chlubą akurat Francuzów...
Smaki i dźwięki odwołują się do siebie nawzajem – i autor wziął na siebie, jak sam zauważył rolę impresaria sztuki poufnej , prywatnego życia kolegów po fachu, która to sztuka jest nader ceniona we Francji. A zatem, co jadają muzycy?
Jako przedstawicielka płazowatych, nie mogę się powstrzymać, przed przytoczeniem przepisu na:
"Szatańskie żabie udka
Weź dwa kilo udek na 4 osoby. Jeśli są mocno zamrożone, pozwól, by się całkowicie rozmroziły. Zamarynuj je na całą noc w wielkim naczyniu wypełnionym piwem Duvel (bardzo wonne belgijskie piwo, duvel po flamandzku znaczy diabeł). Na drugi dzień osącz je. Obtocz w mące i wrzuć na gorącą patelnię z kawałkiem masła i odrobiną oleju kukurydzianego. Podrumień mocno w ciągu dwóch minut, potem dopraw pieprzem, solą, oregano, szczypiorkiem i tymiankiem. Gotuj jeszcze na średnim/słabym ogniu przez około 25 minut pod przykryciem, dodając od czasu do czasu strumyczek oleju, jeśli trzeba. Mąka powinna się lekko ozłocić, reszta – pozostać soczysta.
Podawaj ciepłe na przystawkę."
Osobiście proponowałabym pół kilo na miłą kolację we dwoje, przy preludiach i fugach barokowych. Jeszcze nie próbowałam, ale jakoś mi to sympatycznie brzmi, a kiedy wypróbuję, nie omieszkam przekazać wrażeń. Tylko jakie wino do żabich udek?
Rzecz w słowach, myśli przewodniej dzieła i metaforach. Słowo, to zwodnicze narzędzie wszelkiej wypowiedzi, każdej opowieści, jest mniej uchwytne niż ołówek, czy pędzel.
Jedynym, co możemy zrobić, aby złapać rzeczywistość, doznanie, uchwycić coś, co niepochwycalne, to zmetaforyzować, nadać słowu , bądź kilku słowom, znaczenie głębsze niż to, doświadczalne. Zdaniem niektórych, dawniej większość słów, o ile nie wszystkie, miały to niepochwytne, metaforyczne znaczenie - przechodzenie od konkretu, doświadczanego do metafizycznego, pojmowanego, ale nieopowiedzianego, potem dopiero rozmieniliśmy mówienie na ścisłe, dokładne wyjaśnianie i kategoryzowanie. Pokroiliśmy świat na działki, szufladki, opisując choćby miłość jako proces chemiczny, bądź jednostkę chorobową, zamiast płomienia, czy strzały boskiego psotnika, synka Afrodyty czy Wenus, Anadyoménē, tej kapryśnej bogini, wyłaniającej się z piany morskiej, na muszli jak w wizji florenckiego mistrza.
A jak za pomocą metafory opisać muzykę? Używając wszystkich pięciu zmysłów, smaku, dotyku, słuchu, węchu, wzroku? Mamy barwę dźwięków muzyki, gęstość, smak?
Odkąd sama zaczęłam dostrzegać, że muzyka to nie jedna fala, ale zbiór, cały wodospad różnorakich dźwięków, składających się na jedną ciągłą smugę, sama mam wrażenie smaku – innymi słowy, podobnie jak przy czytaniu „Klubu Pickwicka” zaczynam być głodna.
A oto zdanie, z którego Beaussant jest sam dumny, barokowe i metaforyczne, jak przystało na frazę o XVIII wiecznych organach: „Szczególny smak wielkich organów francuskich XVIII wieku polega na miękkości burdonów, na smaku świeżych owoców fletów, na mocy taniny rejestrów krummhornów i kwaśności mikstur” – w oryginale brzmi to zapewne lepiej. Przy okazji ciekawie grają ze sobą niemiecka i włoska terminologia we francuskim tekście – ale wszak muzyka organowa nie była wynalazkiem i chlubą akurat Francuzów...
Smaki i dźwięki odwołują się do siebie nawzajem – i autor wziął na siebie, jak sam zauważył rolę impresaria sztuki poufnej , prywatnego życia kolegów po fachu, która to sztuka jest nader ceniona we Francji. A zatem, co jadają muzycy?
Jako przedstawicielka płazowatych, nie mogę się powstrzymać, przed przytoczeniem przepisu na:
"Szatańskie żabie udka
Weź dwa kilo udek na 4 osoby. Jeśli są mocno zamrożone, pozwól, by się całkowicie rozmroziły. Zamarynuj je na całą noc w wielkim naczyniu wypełnionym piwem Duvel (bardzo wonne belgijskie piwo, duvel po flamandzku znaczy diabeł). Na drugi dzień osącz je. Obtocz w mące i wrzuć na gorącą patelnię z kawałkiem masła i odrobiną oleju kukurydzianego. Podrumień mocno w ciągu dwóch minut, potem dopraw pieprzem, solą, oregano, szczypiorkiem i tymiankiem. Gotuj jeszcze na średnim/słabym ogniu przez około 25 minut pod przykryciem, dodając od czasu do czasu strumyczek oleju, jeśli trzeba. Mąka powinna się lekko ozłocić, reszta – pozostać soczysta.
Podawaj ciepłe na przystawkę."
Osobiście proponowałabym pół kilo na miłą kolację we dwoje, przy preludiach i fugach barokowych. Jeszcze nie próbowałam, ale jakoś mi to sympatycznie brzmi, a kiedy wypróbuję, nie omieszkam przekazać wrażeń. Tylko jakie wino do żabich udek?
wtorek, 28 września 2010
poniedziałek, 27 września 2010
Zaufanie
Żaba przeglądała ostatnio różne znajome i nieznajome blogi i trafiła na tekst, który przypadł jej ogromnie do serca. Autorstwa niejakiej Toroj, o zaufaniu.
I "miłości warunkowej". Rzecz dotyczy wprawdzie dzieci i nieuczciwego, złośliwego, a często po prostu bezmyślnego traktowania małego człowieka, ale przecież w relacjach między dorosłymi ludźmi też są takie "warunkowe relacje". Tym samym, co mówienie dziecku: "jak nie będziesz grzeczna, to Cię zostawię/przyjdzie Baba Jaga/ Czarny Człowiek" jest powiedzenie przyjacielowi: "jak nie zrobisz tego albo tego, to ja Ci zrobię to i to". Innymi słowy, szantaż emocjonalny, w celu osiągnięcia czegoś, co można by osiągnąć uczciwością i zwykłą rozmową. Wykorzystanie przedmiotu lub podmiotu człowieczej miłości jako narzędzia nacisku. Ładnie się to kojarzy z praktykami systemów totalitarnych i organizacji przestępczych: "no, jeśli Pan nie podpisze się nam tutaj, to nie będzie mógł pan wykonywać swojej pracy/to niektórzy ludzie się czegoś o panu dowiedzą/to niech się pan pożegna z wyjazdem", "jeśli pan będzie występował w sądzie, to żonę/córkę/siostrę spotka coś nieprzyjemnego. Pana zresztą też."
Po co zresztą sięgać do tych sfer? Takie rzeczy zdarzają się i przyziemnie. "Nie będziesz taki jak chcę, żebyś był, to koniec ze znajomością".
Szkoda tylko, że ludzie tak czyniący nie zauważają, że tracą coś, czego nie dostaną za żadne pieniądze - czyjąś przyjaźń, szacunek, oddanie. Że mogą utracić i wyrzucić do kosza kogoś, kto mógłby im w czymś pomóc, coś im dać. Coś cenniejszego niż praca, kariera, wygodne życie. "Ich strata" - powiecie, zapewne, mili czytelnicy. Strata tak, ale rana w ten sposób zadana nie boli mniej. Zwłaszcza gdy ten przyjaciel jest przekonany, że robi słusznie i nie umie przyjść i powiedzieć nawet: "przepraszam". Bo to jest tak: "ja Cię kopnę, niechcący zupełnie, to ty odkopujesz". A już nie daj Boże, licytacja, co kto zrobił. Pewnych rzeczy nie powinno się robić, niezależnie od tego, kto co powiedział, kto co zrobił. Zwłaszcza jeśli zrobił to nieświadomie. A tak, spiralka się nakręca. A może to wszystko po to, żebyśmy się nauczyli wybaczać sobie nawzajem? Przepraszać, tłumaczyć? Tylko kto ma poprosić pierwszy? I dlaczego na ogół to musi być tylko jedna osoba? Co z sytuacjami, kiedy tłumaczenie boli, kiedy mówisz "A", a ktoś rozumie "B"?
Dlaczego tak się dzieje w ogóle? Dlaczego ludzie robią sobie (nie tylko dzieciom takie rzeczy? Może dlatego, że (jak twierdzi Toroj) - dostajemy zaufanie za darmo, na kredyt, bez warunków zapisanych drobnym druczkiem. Dajemy i w przyjaźni zaufanie na kredyt, całkowicie za darmo, bo chcemy być dla kogoś, poświęcić swój czas. A tego co za darmo - wiadomo, nie ceni się. Bo życie stało się marketem, umową handlową. Teraz modna jest asertywność. Teraz znajomość można tylko kupić. Najlepiej drogo, bo to, co Ci dają za darmo, to od razu podejrzane.
A może ludzie robią sobie takie rzeczy, bo boją się odrzucenia? I żeby ich samych nie bolało, wolą, jak to się w niektórych mądrych tekstach pisze, uprzedzić domniemany atak? Tylko po co przyjmować, że nas chcą atakować?
To pomyślawszy, żaba westchnęła, wytarła zakatarzony nos i zwinęła się w kłębek na liściu, ze "Śmiercią na obczyźnie" Donny Leon, która to "Śmierć" na szczęście jest o czymś zupełnie innym.
I "miłości warunkowej". Rzecz dotyczy wprawdzie dzieci i nieuczciwego, złośliwego, a często po prostu bezmyślnego traktowania małego człowieka, ale przecież w relacjach między dorosłymi ludźmi też są takie "warunkowe relacje". Tym samym, co mówienie dziecku: "jak nie będziesz grzeczna, to Cię zostawię/przyjdzie Baba Jaga/ Czarny Człowiek" jest powiedzenie przyjacielowi: "jak nie zrobisz tego albo tego, to ja Ci zrobię to i to". Innymi słowy, szantaż emocjonalny, w celu osiągnięcia czegoś, co można by osiągnąć uczciwością i zwykłą rozmową. Wykorzystanie przedmiotu lub podmiotu człowieczej miłości jako narzędzia nacisku. Ładnie się to kojarzy z praktykami systemów totalitarnych i organizacji przestępczych: "no, jeśli Pan nie podpisze się nam tutaj, to nie będzie mógł pan wykonywać swojej pracy/to niektórzy ludzie się czegoś o panu dowiedzą/to niech się pan pożegna z wyjazdem", "jeśli pan będzie występował w sądzie, to żonę/córkę/siostrę spotka coś nieprzyjemnego. Pana zresztą też."
Po co zresztą sięgać do tych sfer? Takie rzeczy zdarzają się i przyziemnie. "Nie będziesz taki jak chcę, żebyś był, to koniec ze znajomością".
Szkoda tylko, że ludzie tak czyniący nie zauważają, że tracą coś, czego nie dostaną za żadne pieniądze - czyjąś przyjaźń, szacunek, oddanie. Że mogą utracić i wyrzucić do kosza kogoś, kto mógłby im w czymś pomóc, coś im dać. Coś cenniejszego niż praca, kariera, wygodne życie. "Ich strata" - powiecie, zapewne, mili czytelnicy. Strata tak, ale rana w ten sposób zadana nie boli mniej. Zwłaszcza gdy ten przyjaciel jest przekonany, że robi słusznie i nie umie przyjść i powiedzieć nawet: "przepraszam". Bo to jest tak: "ja Cię kopnę, niechcący zupełnie, to ty odkopujesz". A już nie daj Boże, licytacja, co kto zrobił. Pewnych rzeczy nie powinno się robić, niezależnie od tego, kto co powiedział, kto co zrobił. Zwłaszcza jeśli zrobił to nieświadomie. A tak, spiralka się nakręca. A może to wszystko po to, żebyśmy się nauczyli wybaczać sobie nawzajem? Przepraszać, tłumaczyć? Tylko kto ma poprosić pierwszy? I dlaczego na ogół to musi być tylko jedna osoba? Co z sytuacjami, kiedy tłumaczenie boli, kiedy mówisz "A", a ktoś rozumie "B"?
Dlaczego tak się dzieje w ogóle? Dlaczego ludzie robią sobie (nie tylko dzieciom takie rzeczy? Może dlatego, że (jak twierdzi Toroj) - dostajemy zaufanie za darmo, na kredyt, bez warunków zapisanych drobnym druczkiem. Dajemy i w przyjaźni zaufanie na kredyt, całkowicie za darmo, bo chcemy być dla kogoś, poświęcić swój czas. A tego co za darmo - wiadomo, nie ceni się. Bo życie stało się marketem, umową handlową. Teraz modna jest asertywność. Teraz znajomość można tylko kupić. Najlepiej drogo, bo to, co Ci dają za darmo, to od razu podejrzane.
A może ludzie robią sobie takie rzeczy, bo boją się odrzucenia? I żeby ich samych nie bolało, wolą, jak to się w niektórych mądrych tekstach pisze, uprzedzić domniemany atak? Tylko po co przyjmować, że nas chcą atakować?
To pomyślawszy, żaba westchnęła, wytarła zakatarzony nos i zwinęła się w kłębek na liściu, ze "Śmiercią na obczyźnie" Donny Leon, która to "Śmierć" na szczęście jest o czymś zupełnie innym.
sobota, 4 września 2010
Lubienia jesiennego c.d
Do zabawy w "to lubię"
pozwoliłam sobie zaprosić:
1. Moją przygodę czyli Yvettę od kartek i pięknych robótek
2. Hankową Dżo z całym jej stylem
3. Vanilladecor z pięknych wnętrz
4. Shadow of Mind
5. magamarę z deszczowej wyspy
6. jadwiszkę z jej cudnymi kolczykami
7. Nieco bezczelnie, ale mam nadzieję, że wybaczy, bo nie mogę się oprzeć:) - Vinyamar morsko-nostalgiczno-baśniowy
8. Weronikę i Tomka opisujących zaskakujące niekiedy życie w kraju Królowej Małgorzaty
9.Sabbath of sense piszącą o zapachach, jak pisałby chyba Szalony Kapelusznik, gdyby się udzielał w internecie
10.Left Moon of Side z czarno-białymi impresjami
I nie byłabym sobą, gdybym nie złamała zasad;P, nie darmo moim ideałem jest Gaudi wszędzie wsadzający do rysunków architektonicznych "coś od siebie"
wiewiórka jako punkt dodatkowy:), choć już brała udział.
pozwoliłam sobie zaprosić:
1. Moją przygodę czyli Yvettę od kartek i pięknych robótek
2. Hankową Dżo z całym jej stylem
3. Vanilladecor z pięknych wnętrz
4. Shadow of Mind
5. magamarę z deszczowej wyspy
6. jadwiszkę z jej cudnymi kolczykami
7. Nieco bezczelnie, ale mam nadzieję, że wybaczy, bo nie mogę się oprzeć:) - Vinyamar morsko-nostalgiczno-baśniowy
8. Weronikę i Tomka opisujących zaskakujące niekiedy życie w kraju Królowej Małgorzaty
9.Sabbath of sense piszącą o zapachach, jak pisałby chyba Szalony Kapelusznik, gdyby się udzielał w internecie
10.Left Moon of Side z czarno-białymi impresjami
I nie byłabym sobą, gdybym nie złamała zasad;P, nie darmo moim ideałem jest Gaudi wszędzie wsadzający do rysunków architektonicznych "coś od siebie"
wiewiórka jako punkt dodatkowy:), choć już brała udział.
piątek, 3 września 2010
To lubię jesiennie
Skończyło się lato, minęły wakacje. Mnóstwo pracy przede mną, a za mną tony przeczytanych dziwnych książek, które...
lubię.
Ostatnio wciągają mnie kryminały, szczególnie rosyjskie, Tatiany Polakowej i Aleksandry Marininy - jest tam wszystko to, co najbardziej lubię w kryminałach, a więc - zagadka, humor i koloryt kraju, z którego wywodzi się autor. I mnóstwo smaczków życia rosyjskiego, przemyconych mimochodem. Uczciwie mówiąc - głównie dlatego czytam kryminały.Ale o tym niebawem.
Na razie , dziękuję wiewióreczce morskiej, opisującej na swoim blogu wdzięcznie życie z kotem o imieniu Haker, podróże, robótki, wypieki, wszystkie małe orzeszki leszczynowe, z których składa się życie; nanizane na gałązki z ulubionych krzewów, drzew i zawieszone na kwiatach z wiewiórczynego ogródka, tworzą miły oku kolaż, raz kolorowy, raz czarno-biały, za zaproszenie do zabawy w "to lubię". Pewnej fance pewnego pięknego japońskiego muzyka także dziękuję za to samo:P.
Zabawa w "To lubię".
Zasady zabawy:
1) podaj kto zaprosił Cię do zabawy.
2) wymień 10 rzeczy, które lubisz.
3) przekaż nagrodę kolejnym 10 blogerom
i poinformuj w komentarzach o tym fakcie.
Lubię:
1. Czytać ciekawe książki w fotelu przy herbacie i ciasteczkach. Najlepiej w kawiarni.
2. Odwiedzać wszystkie znane i nieznane knajpki, w celu sprawdzenia, co jest do zjedzenia.
3. Świat Tolkiena. Im go więcej, tym lepiej.
4. Analizy retoryczne. I historyczno-literackie tekstów. Czytać. Im więcej, tym lepiej.
5. Spać. im więcej tym lepiej.
6. Wędrować przed siebie. J.w.
7. Moich przyjaciół. Takich prawdziwych.
8. Huśtać się na wszystkich napotkanych huśtawkach
9. Rysować i malować
10. Marzyć sobie.
11....
Ups. Tylko 10? Jeszcze mi dużo zostało...
Lista zaproszonych będzie wieczorem:)
lubię.
Ostatnio wciągają mnie kryminały, szczególnie rosyjskie, Tatiany Polakowej i Aleksandry Marininy - jest tam wszystko to, co najbardziej lubię w kryminałach, a więc - zagadka, humor i koloryt kraju, z którego wywodzi się autor. I mnóstwo smaczków życia rosyjskiego, przemyconych mimochodem. Uczciwie mówiąc - głównie dlatego czytam kryminały.Ale o tym niebawem.
Na razie , dziękuję wiewióreczce morskiej, opisującej na swoim blogu wdzięcznie życie z kotem o imieniu Haker, podróże, robótki, wypieki, wszystkie małe orzeszki leszczynowe, z których składa się życie; nanizane na gałązki z ulubionych krzewów, drzew i zawieszone na kwiatach z wiewiórczynego ogródka, tworzą miły oku kolaż, raz kolorowy, raz czarno-biały, za zaproszenie do zabawy w "to lubię". Pewnej fance pewnego pięknego japońskiego muzyka także dziękuję za to samo:P.
Zabawa w "To lubię".
Zasady zabawy:
1) podaj kto zaprosił Cię do zabawy.
2) wymień 10 rzeczy, które lubisz.
3) przekaż nagrodę kolejnym 10 blogerom
i poinformuj w komentarzach o tym fakcie.
Lubię:
1. Czytać ciekawe książki w fotelu przy herbacie i ciasteczkach. Najlepiej w kawiarni.
2. Odwiedzać wszystkie znane i nieznane knajpki, w celu sprawdzenia, co jest do zjedzenia.
3. Świat Tolkiena. Im go więcej, tym lepiej.
4. Analizy retoryczne. I historyczno-literackie tekstów. Czytać. Im więcej, tym lepiej.
5. Spać. im więcej tym lepiej.
6. Wędrować przed siebie. J.w.
7. Moich przyjaciół. Takich prawdziwych.
8. Huśtać się na wszystkich napotkanych huśtawkach
9. Rysować i malować
10. Marzyć sobie.
11....
Ups. Tylko 10? Jeszcze mi dużo zostało...
Lista zaproszonych będzie wieczorem:)
poniedziałek, 31 maja 2010
wtorek, 25 maja 2010
Przeciw facetom
Garść żabich obserwacji nt. krewnych i znajomych królika (niekoniecznie żabich) płci odmiennej.
Ten, kto powiedział, że mężczyźni są bardziej konkretni i prostsi niż kobiety nie wiedział, co mówi.
Przykłady:
a) mężczyzna zapytany, co się dzieje i czy wszystko ok, nawet jeśli gołym okiem widać, że coś nie tak, odpowie, że oczywiście ok;
b) będzie unikał jakichkolwiek jasnych i konkretnych odpowiedzi na Twoje pytania, jeśli masz problem natury emocjonalnej, a już nie daj Boże związanej ze wspólną relacją (obojętnie czy jesteście przyjaciółmi, kolegami, czy partnerami);
c) jeśli jest Twoim partnerem życiowym, będzie starał się być miły, uprzejmy, może nawet coś Ci kupi, byleby zamknąć Ci buzię i żebyś go nie zmuszała do myślenia o Twoim problemie (bo zawsze jest to, oczywiście, tylko Twój problem i Twoja fanaberia i to Ty masz ustąpić,);
d) w związku z powyższym, do jednego worka wrzuci wszystko, czego potrzebujesz w życiu, na równi traktując chęć posiadania dziecka z chęcią posiadania, dajmy na to, futra z norek, czy kolii brylantowej, tj. „odbiło jej”, bądź „nie stać nas”;
d) będzie starannie unikał wszystkich niewygodnych rzeczy, odpowiedzi na niewygodne pytania; regułą jest, że zostawia je bez odpowiedzi, symulując na ogół brak pamięci, przegapienie, popsucie komórki, awarię telefonu, etc., albo po prostu nic nie mówi;
e) kiedy zrobisz coś nie tak, nie powie Ci tego nigdy sam z siebie, stawiając w sytuacji: „domyśl się”, bądź „ja tu rozdaję karty, Ty wiedzieć nie musisz”;
f) w jednej chwili jest otwarty i wesoło się z Tobą przekomarza, a w następnej nagle zwrot o 180 stopni (i mówi się, że to kobiety są zmienne) i domyślaj się, czy to Ty coś chlapnęłaś, czy on po prostu ma w danej chwili co innego na głowie;
g) nie zastanawia się kompletnie nad tym, co mówi i robi i jak jego zachowanie może być odebrane, a potem się dziwi, ze druga strona chce wyjaśnień lub ma pretensję - nieodpowiedzialność.
itp., itd.
Lista jest dłuuuga.
Najgorsze jest to, że nadal ich lubimy. Bywają zabawni, sympatyczni i bardzo się przydają, zwłaszcza, kiedy trzeba wnieść szafę na 3 piętro (co nie znaczy, że kobieta nie da rady, ale dlaczego ma dawać? Zwłaszcza, iż nie każda ma warunki fizyczne ku temu).
Zapisuję się do feministek. Nie do marksistek-feministek, rzecz jasna, ale do tych normalnych. Jeśli takowe istnieją. Choć pewnie najpierw trzeba by zdefiniować, co to jest "normalność', jako że definicja słownikowa, słownikową, a kategorii "normalności" jest tyle, ile obywateli kuli ziemskiej. Każdy inaczej widzi i inaczej rozumie.
To rzekłszy, żaba poszła szukać jakiejś chorągwi (buntu), żeby wywiesić, ale nie znalazła. Nic to, uszyje się.
Ten, kto powiedział, że mężczyźni są bardziej konkretni i prostsi niż kobiety nie wiedział, co mówi.
Przykłady:
a) mężczyzna zapytany, co się dzieje i czy wszystko ok, nawet jeśli gołym okiem widać, że coś nie tak, odpowie, że oczywiście ok;
b) będzie unikał jakichkolwiek jasnych i konkretnych odpowiedzi na Twoje pytania, jeśli masz problem natury emocjonalnej, a już nie daj Boże związanej ze wspólną relacją (obojętnie czy jesteście przyjaciółmi, kolegami, czy partnerami);
c) jeśli jest Twoim partnerem życiowym, będzie starał się być miły, uprzejmy, może nawet coś Ci kupi, byleby zamknąć Ci buzię i żebyś go nie zmuszała do myślenia o Twoim problemie (bo zawsze jest to, oczywiście, tylko Twój problem i Twoja fanaberia i to Ty masz ustąpić,);
d) w związku z powyższym, do jednego worka wrzuci wszystko, czego potrzebujesz w życiu, na równi traktując chęć posiadania dziecka z chęcią posiadania, dajmy na to, futra z norek, czy kolii brylantowej, tj. „odbiło jej”, bądź „nie stać nas”;
d) będzie starannie unikał wszystkich niewygodnych rzeczy, odpowiedzi na niewygodne pytania; regułą jest, że zostawia je bez odpowiedzi, symulując na ogół brak pamięci, przegapienie, popsucie komórki, awarię telefonu, etc., albo po prostu nic nie mówi;
e) kiedy zrobisz coś nie tak, nie powie Ci tego nigdy sam z siebie, stawiając w sytuacji: „domyśl się”, bądź „ja tu rozdaję karty, Ty wiedzieć nie musisz”;
f) w jednej chwili jest otwarty i wesoło się z Tobą przekomarza, a w następnej nagle zwrot o 180 stopni (i mówi się, że to kobiety są zmienne) i domyślaj się, czy to Ty coś chlapnęłaś, czy on po prostu ma w danej chwili co innego na głowie;
g) nie zastanawia się kompletnie nad tym, co mówi i robi i jak jego zachowanie może być odebrane, a potem się dziwi, ze druga strona chce wyjaśnień lub ma pretensję - nieodpowiedzialność.
itp., itd.
Lista jest dłuuuga.
Najgorsze jest to, że nadal ich lubimy. Bywają zabawni, sympatyczni i bardzo się przydają, zwłaszcza, kiedy trzeba wnieść szafę na 3 piętro (co nie znaczy, że kobieta nie da rady, ale dlaczego ma dawać? Zwłaszcza, iż nie każda ma warunki fizyczne ku temu).
Zapisuję się do feministek. Nie do marksistek-feministek, rzecz jasna, ale do tych normalnych. Jeśli takowe istnieją. Choć pewnie najpierw trzeba by zdefiniować, co to jest "normalność', jako że definicja słownikowa, słownikową, a kategorii "normalności" jest tyle, ile obywateli kuli ziemskiej. Każdy inaczej widzi i inaczej rozumie.
To rzekłszy, żaba poszła szukać jakiejś chorągwi (buntu), żeby wywiesić, ale nie znalazła. Nic to, uszyje się.
poniedziałek, 24 maja 2010
Ciocia
Zostanę ciocią. Szkoda tylko, że siostrzeńcy i siostrzenice nie będą w czarne łatki, jak dalmatyńczyki, ale w naturze takich cudów nie ma. Liczymy po cichu z przyjaciółką, że choć ze dwie sztuki w miocie będą biszkoptowe, a nie wszystkie czarne, po tatusiu. Ale nawet jeśli, to i tak choćby oddziedziczyły tylko 1/8 urody, wdzięku i klasy mamusi, będą śliczne. A nawet jakby nie były, i tak je będziemy uwielbiać.
Tatuś medalista, a jego państwo nie fryzjerzy, więc mezaliansu nie było :P. Arystokratycznych, spazmujących hrabin też po żadnej stronie nie ma, tak że jedyną niedogodnością jest parada gości zagłaskujących szczęśliwą mamusię na śmierć. Swoją drogą, kto pamięta „Sportowca mimo woli”, starą, polską komedię, z nieodłącznym Dymszą, Żabczyńskim, Iną Benito i dwoma uroczymi pieskami?
Na razie przyszła mama nabiera kształtów, powagi i wykazuje mniej skłonności do brykania niż dawniej. Tylko pieszczoch się z niej zrobił jeszcze większy niż był.
Tatuś medalista, a jego państwo nie fryzjerzy, więc mezaliansu nie było :P. Arystokratycznych, spazmujących hrabin też po żadnej stronie nie ma, tak że jedyną niedogodnością jest parada gości zagłaskujących szczęśliwą mamusię na śmierć. Swoją drogą, kto pamięta „Sportowca mimo woli”, starą, polską komedię, z nieodłącznym Dymszą, Żabczyńskim, Iną Benito i dwoma uroczymi pieskami?
Na razie przyszła mama nabiera kształtów, powagi i wykazuje mniej skłonności do brykania niż dawniej. Tylko pieszczoch się z niej zrobił jeszcze większy niż był.
piątek, 29 stycznia 2010
Dźwięki, szelesty, skrzypienia
Jak zdefiniować, czy nawet tylko nazwać zupełnie nowy dźwięk? Co zrobić, gdy pojawiły się odgłosy, których nie słyszało się nigdy dotąd i, jak mistykowi na opisanie innego wymiaru świata, brakuje słów na dokładne opisanie, co się właściwie usłyszało? Używamy więc analogii, porównujemy do czegoś, co kiedyś tam słyszane i co, jak powiedziano, dziecku, tak a tak się nazywa? W tej chwili jest to szelest i stukot. Ale co to jest szelest? Dźwięk jaki wydają zaschłe liście, kiedy brodzisz w nich jesienią? Dziwny poszum „szszszsz”. Zaskakujące to - usłyszeć, naprawdę, namacalnie usłyszeć, że polski jest mową szeleszczącą. Głoski „sz”, „ś”, „s”, „cz”, „ź”, „dź”wydają specyficzny dźwięk podobny do szelestu. W ogóle ich się przedtem nie słyszało, nie wyławiało z masy innych głosek, choć wiedziało, że są - ile to się namęczył logopeda tłumacząc, gdzie trzymać język i jak ustawiać zęby!
Inne głoski skrzypią lub lekko dudnią. Klawiatura komputera wydaje dziwny, skrzypliwy odgłos. Jest to raczej stukanie połączone z szelestem, mniej szelestliwym bardziej stukającym. Woda z kranu też wydaje inny dźwięk. Jakby do normalnego, słyszanego dotąd dołączyło się dodatkowe brzmienie. Śnieg chrzęszczy. Szszelest, chrzęst, chrzęstoszelest. Niby znane słowo: „chrzęszczy”, ale usłyszane, nabiera innego znaczenia, wymiaru, zwłaszcza gdy inaczej wyobrażaliśmy sobie sobie chrzęszczenie. Komputer pracujący szumi jak wiatr, ale inaczej. Szklanki hałasują bogaciej, ich stuk, tak samo jak garnków i sztućców jest bogatszy o zupełnie nowy, obcy ton. Pam, pam? Big? Nazywamy słowami,choćby "brzdęk", czasem onomatopejami, ale to tylko próba znalezienia odpowiednika na coś, co jest nowe, co wymyka się naszej percepcji. Tak to już kiedyś nazwano, zatem i my sami używamy tych nazw. A jeśli mielibyśmy wymyśleć nowe?
Muzyka w radiu nabiera jakby głębi, przedtem był to po prostu głos cichszy lub wyraźniejszy, czarno-biały, teraz zaczynasz dostrzegać pewne odcienie szarości. Zabawna jest ta technika – można znów poczuć się trochę jak dziecko, z tą różnicą, że dzieci nie znają słów i nie potrafią opisać tego, co pierwszy raz słyszą – natłoku dźwięków, z których każdy jest inny i pewnie ma, jak barwa, swój odcień.
Inne głoski skrzypią lub lekko dudnią. Klawiatura komputera wydaje dziwny, skrzypliwy odgłos. Jest to raczej stukanie połączone z szelestem, mniej szelestliwym bardziej stukającym. Woda z kranu też wydaje inny dźwięk. Jakby do normalnego, słyszanego dotąd dołączyło się dodatkowe brzmienie. Śnieg chrzęszczy. Szszelest, chrzęst, chrzęstoszelest. Niby znane słowo: „chrzęszczy”, ale usłyszane, nabiera innego znaczenia, wymiaru, zwłaszcza gdy inaczej wyobrażaliśmy sobie sobie chrzęszczenie. Komputer pracujący szumi jak wiatr, ale inaczej. Szklanki hałasują bogaciej, ich stuk, tak samo jak garnków i sztućców jest bogatszy o zupełnie nowy, obcy ton. Pam, pam? Big? Nazywamy słowami,choćby "brzdęk", czasem onomatopejami, ale to tylko próba znalezienia odpowiednika na coś, co jest nowe, co wymyka się naszej percepcji. Tak to już kiedyś nazwano, zatem i my sami używamy tych nazw. A jeśli mielibyśmy wymyśleć nowe?
Muzyka w radiu nabiera jakby głębi, przedtem był to po prostu głos cichszy lub wyraźniejszy, czarno-biały, teraz zaczynasz dostrzegać pewne odcienie szarości. Zabawna jest ta technika – można znów poczuć się trochę jak dziecko, z tą różnicą, że dzieci nie znają słów i nie potrafią opisać tego, co pierwszy raz słyszą – natłoku dźwięków, z których każdy jest inny i pewnie ma, jak barwa, swój odcień.
niedziela, 10 stycznia 2010
Miasto
„Im bardziej poczują się w domu, w tym dziwnym, niepodobnym do innych Mieście, tym bardziej nie będą mogli żyć gdzie indziej. Ameryka jest zbyt amerykańska: zbyt pryncypialna, zbyt przywiązana do purytańskich wartości, zbyt skłonna do nieustannego umartwiania się. Europa- zbyt mała i zbyt powolna, by stanowić wyzwanie. Azja – mimo obfitości egzotyki – nie zawsze dostarcza niezbędnemu miejskiemu szczurowi komfortu. Australia jest zbyt prowincjonalna...Kiedy nowojorczyk wyjeżdża ze swego miasta na zawsze, choćby był dotąd nim zmęczony i znudzony ponad wszelką miarę, z nagłym przerażeniem zaczyna rozumieć, że utracił kawałek siebie. I to, że New Yorker to narodowość. Ba, nawet więcej: to wyznanie, dożywotnie członkowstwo w hermetycznej sekcie szaleńców, którzy oddali Miastu najlepsze lata swego życia, zgodzili się na niebotyczne koszty utrzymania, zatruciem środowiska, ciasnotę, by w zamian stać najdziwniejszy z narkotyków: nowojorski cool.
A kiedy odbierze im się ten szum krwi w uszach, ten nieustający kołowrót zdarzeń i wrażeń, przystają nagle – opuszczeni, smutni, mimo najlepszych chęci na nowe, inne życie – ze złamanym sercem. Mogą się do tego nie przyznawać, są na to zbyt twardzi i dumni, ale nie śpią po nocach, patrzą w stronę Big Apple i jęczą jak Francis Scott Fitzgerald, kiedy utracił swoje czarodziejskie Miasto: Come back, come back, o glittering and white!”
Kamila Sławińska, Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2008, s. 10.
Każdy ma swój Nowy Jork. Na swoją miarę, wedle swego wyboru i decyzji. Jest to swoista relacja między prowincją a metropolią, które same w sobie są osobnymi państewkami. Państwa w państwie, opozycje binarne. Rzecz jasna to uproszczona definicja, ale kiedy usiłujemy opisać ciągle zmieniająca się rzeczywistość, czasem zbyt szybko jak dla naszych oczu, bądź opisywać całościowo, ogólnie procesy, różnice, zmiany, uproszczenie, ten niezbędny składnik syntezy staje się koniecznością.
Warszawa dla wszystkich przyjezdnych, których znam, jest albo miejscem, którego się od pierwszego wejrzenia nie znosi, albo uwielbia. Ale zawsze – uzależnia. Ileż to razy człowiek jęczy, że za dużo, za chaotycznie, za bardzo rozrzucona, za hałaśliwa, za szybka, zbyt męcząca, choć i tak w porównaniu z metropoliami tego świata, to wioska, z typowymi dla wioski problemami komunikacyjnymi. Ile to razy jęczy się, a kiedy wyjedzie – to jakiś niepokój, coś uwiera, ciśnie. „Ach, jak tu nudno!” – wzdycha w rodzinnym domu, w górach, nad morzem. I po tygodniu, czasem 10 dniach, nawet wakacyjnych, czasem po paru, wyciąga się plecak, walizkę. „Ja już muszę wracać, mam masę rzeczy do zrobienia” – mówi się, choćby tych rzeczy było na jeden dzień niezbyt wytężonej roboty. Szczęśliwcy, co muszą wracać do stałej pracy! Ale nawet oni, w czasie urlopu muszą odczuwać niepokój. Warszawa przyciąga. Narzeka się na nią, mówi, że chciałoby wynieść, zostawić, zamieszkać, gdzie indziej, ale na samą myśl, iż można by „gdzie indziej” ogarnia popłoch. „Gdzie, dokąd?”
I zostaje się. Choćby po to, żeby porywał wiatr, taki jak wczoraj, z nieba padały lodowe okruszki, żeby widzieć Nowy Świat w śniegu, ze świątecznymi dekoracjami wciąż wiszącymi na latarniach, białą ulicą i chodnikami, po których suną zakutani w szale, czapki przechodnie, a czasem błyśnie młode, zarumienione od mrozu dziewczę w nausznikach czy lekkiej czapeczce – nogi do nieba i tak rzadki w tym mieście śmiech, którym tylko dzieci, psy i bardzo młodzi i szaleni ludzie potrafią się śmiać i żeby omal nie wywrócić się na chodniku pod nogami szczęśliwego psa przyjaciółki. Miasto frustratów, nerwowców, nadmiernej prędkości – jak to jest, że się tu jest i chce uśmiechać, siedzieć w patiserii i włazić w zaspy na krawężnikach, aby się dopchać do autobusu?
Wszyscy jesteśmy szaleńcami.
A kiedy odbierze im się ten szum krwi w uszach, ten nieustający kołowrót zdarzeń i wrażeń, przystają nagle – opuszczeni, smutni, mimo najlepszych chęci na nowe, inne życie – ze złamanym sercem. Mogą się do tego nie przyznawać, są na to zbyt twardzi i dumni, ale nie śpią po nocach, patrzą w stronę Big Apple i jęczą jak Francis Scott Fitzgerald, kiedy utracił swoje czarodziejskie Miasto: Come back, come back, o glittering and white!”
Kamila Sławińska, Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2008, s. 10.
Każdy ma swój Nowy Jork. Na swoją miarę, wedle swego wyboru i decyzji. Jest to swoista relacja między prowincją a metropolią, które same w sobie są osobnymi państewkami. Państwa w państwie, opozycje binarne. Rzecz jasna to uproszczona definicja, ale kiedy usiłujemy opisać ciągle zmieniająca się rzeczywistość, czasem zbyt szybko jak dla naszych oczu, bądź opisywać całościowo, ogólnie procesy, różnice, zmiany, uproszczenie, ten niezbędny składnik syntezy staje się koniecznością.
Warszawa dla wszystkich przyjezdnych, których znam, jest albo miejscem, którego się od pierwszego wejrzenia nie znosi, albo uwielbia. Ale zawsze – uzależnia. Ileż to razy człowiek jęczy, że za dużo, za chaotycznie, za bardzo rozrzucona, za hałaśliwa, za szybka, zbyt męcząca, choć i tak w porównaniu z metropoliami tego świata, to wioska, z typowymi dla wioski problemami komunikacyjnymi. Ile to razy jęczy się, a kiedy wyjedzie – to jakiś niepokój, coś uwiera, ciśnie. „Ach, jak tu nudno!” – wzdycha w rodzinnym domu, w górach, nad morzem. I po tygodniu, czasem 10 dniach, nawet wakacyjnych, czasem po paru, wyciąga się plecak, walizkę. „Ja już muszę wracać, mam masę rzeczy do zrobienia” – mówi się, choćby tych rzeczy było na jeden dzień niezbyt wytężonej roboty. Szczęśliwcy, co muszą wracać do stałej pracy! Ale nawet oni, w czasie urlopu muszą odczuwać niepokój. Warszawa przyciąga. Narzeka się na nią, mówi, że chciałoby wynieść, zostawić, zamieszkać, gdzie indziej, ale na samą myśl, iż można by „gdzie indziej” ogarnia popłoch. „Gdzie, dokąd?”
I zostaje się. Choćby po to, żeby porywał wiatr, taki jak wczoraj, z nieba padały lodowe okruszki, żeby widzieć Nowy Świat w śniegu, ze świątecznymi dekoracjami wciąż wiszącymi na latarniach, białą ulicą i chodnikami, po których suną zakutani w szale, czapki przechodnie, a czasem błyśnie młode, zarumienione od mrozu dziewczę w nausznikach czy lekkiej czapeczce – nogi do nieba i tak rzadki w tym mieście śmiech, którym tylko dzieci, psy i bardzo młodzi i szaleni ludzie potrafią się śmiać i żeby omal nie wywrócić się na chodniku pod nogami szczęśliwego psa przyjaciółki. Miasto frustratów, nerwowców, nadmiernej prędkości – jak to jest, że się tu jest i chce uśmiechać, siedzieć w patiserii i włazić w zaspy na krawężnikach, aby się dopchać do autobusu?
Wszyscy jesteśmy szaleńcami.
środa, 6 stycznia 2010
Śnieg
Mikołajek i Król Kruków
„- U nas na święta- powiedziałem – będzie Bunia, ciocia Donata i stryjek Eugeniusz.
- A u nas – powiedział Alcest – będzie biała kiełbasa i indyk.”
Na liściu też były. Obowiązkowo indyk pieczony z nadzieniem, acz nie w indyku rzecz. Zastanawiała się żaba długo, co jej brakuje w wydanych niedawno „Nieznanych Przygodach Mikołajka". Książeczka ładna, opowiadania pierwsze, więc mniej może lekkie niż te, które znamy z „Mikołajka", „Rekreacji Mikołajka”, ale czy tylko to? A może po postu Mikołajek narysowany po latach przez Jeana-Jacquesa Sempégo, po długiej artystycznej drodze, nie jest już tym samym Mikołajkiem w wcześniejszych książeczek? Kreska się zmieniła. Ten Mikołajek jest może bardziej wyrafinowany formalnie, kreska delikatniejsza i bardziej zdecydowana zarazem, ale brak mu żywiołowości, lekkiego szaleństwa. Widać za to bardzo w nim i w nowych rysunkach jego twórcę, który zdążył przejść długą drogę od czasu spotkania Goscinnego i narysowania małego urwisa w krótkich spodenkach oraz jego kolegów, do obecnych czasów, w których jest poważanym rysownikiem, mającym duży dorobek i publikującym w „New Yorker”, „Paris Match”, „Figaro Littéraire”. Zabawne, że opowieści sprzed półwieku ilustrowane są rysunkami o 50 lat starszymi. Żabie uświadomiła, jak bardzo te urocze opowiastki połączone były z ilustracjami, jak ważna jest dobra ilustracja i ile może dać, choć także zabrać. Wyraźnie to widać w dobie zalewu albo postdisneyowskimi wytworami, albo „artystyczną” ilustracją, przy której z pewnym rozrzewnieniem wspomina się Marcina Szancera, Antoniego Uniechowskiego, Marię Gabryś-Orłowską, Ernesta Sheparda, Ilon Wikland, i wielu tych polskich i obcych artystów, których rysunki żaba pamięta z książek dzieciństwa. A największe wrażenie zrobił na żabie „Król Kruków” Paula Delarue, wydany w serii „Baśnie i legendy z całego świata”, cieniutkich książeczek, ilustrowanych prześlicznie .Ta baśń, nie dość, że była dziwna, niepodobna do swojskich opowieści o Kopciuszku, czy bajek Brzechwy, to jeszcze ozdobiona obrazkami Stasysa Eidrigeviciusa. Właściwie to te ilustracje, na równi z tłumaczeniem Stanisława Dygata, w którym widać, co żaby już wtedy najbardziej w słowach lubiły i na co były łase, spowodowały, że mała,siedmioletnia żabka czytała wtedy w kółko i recytowała:
„Królowo - powiedziała błękitna trawa - nie ścinaj mnie swym złotym nożem. Jestem błękitną trawą. Ale nie jestem trawą, która śpiewa nocą i dniem, trawą, która kruszy żelazo”.
„Jestem błękitną trawą, trawą, która śpiewa dniem i nocą. Jestem błękitną trawą, trawą, która śpiewa dniem i nocą”.
„Uczyniwszy to, dotknęła trawą łańcucha, który ważył siedemset funtów i skuwał Króla Kruków. Trawa wciąż śpiewała:
- Jestem błękitną trawą, trawą, która śpiewa dniem i nocą, trawą, która kruszy żelazo. Jestem błękitną trawą, trawą, która śpiewa dniem i nocą, trawą, która kruszy żelazo.”
Naprzemiennie z "Czy to bajka czy nie bajka, była sobie pchła Szachrajka", tudzież: "Pchła Szachrajka była mała, między pchełki się wmieszała."
Dziw, że ją rodzina nie zadusiła w desperacji.
Jak widać, małe żaby (znaczy - kijanki) lubiły przeskakiwać od mrocznych baśni do lekkiego humoru. I na odwrót.
- A u nas – powiedział Alcest – będzie biała kiełbasa i indyk.”
Na liściu też były. Obowiązkowo indyk pieczony z nadzieniem, acz nie w indyku rzecz. Zastanawiała się żaba długo, co jej brakuje w wydanych niedawno „Nieznanych Przygodach Mikołajka". Książeczka ładna, opowiadania pierwsze, więc mniej może lekkie niż te, które znamy z „Mikołajka", „Rekreacji Mikołajka”, ale czy tylko to? A może po postu Mikołajek narysowany po latach przez Jeana-Jacquesa Sempégo, po długiej artystycznej drodze, nie jest już tym samym Mikołajkiem w wcześniejszych książeczek? Kreska się zmieniła. Ten Mikołajek jest może bardziej wyrafinowany formalnie, kreska delikatniejsza i bardziej zdecydowana zarazem, ale brak mu żywiołowości, lekkiego szaleństwa. Widać za to bardzo w nim i w nowych rysunkach jego twórcę, który zdążył przejść długą drogę od czasu spotkania Goscinnego i narysowania małego urwisa w krótkich spodenkach oraz jego kolegów, do obecnych czasów, w których jest poważanym rysownikiem, mającym duży dorobek i publikującym w „New Yorker”, „Paris Match”, „Figaro Littéraire”. Zabawne, że opowieści sprzed półwieku ilustrowane są rysunkami o 50 lat starszymi. Żabie uświadomiła, jak bardzo te urocze opowiastki połączone były z ilustracjami, jak ważna jest dobra ilustracja i ile może dać, choć także zabrać. Wyraźnie to widać w dobie zalewu albo postdisneyowskimi wytworami, albo „artystyczną” ilustracją, przy której z pewnym rozrzewnieniem wspomina się Marcina Szancera, Antoniego Uniechowskiego, Marię Gabryś-Orłowską, Ernesta Sheparda, Ilon Wikland, i wielu tych polskich i obcych artystów, których rysunki żaba pamięta z książek dzieciństwa. A największe wrażenie zrobił na żabie „Król Kruków” Paula Delarue, wydany w serii „Baśnie i legendy z całego świata”, cieniutkich książeczek, ilustrowanych prześlicznie .Ta baśń, nie dość, że była dziwna, niepodobna do swojskich opowieści o Kopciuszku, czy bajek Brzechwy, to jeszcze ozdobiona obrazkami Stasysa Eidrigeviciusa. Właściwie to te ilustracje, na równi z tłumaczeniem Stanisława Dygata, w którym widać, co żaby już wtedy najbardziej w słowach lubiły i na co były łase, spowodowały, że mała,siedmioletnia żabka czytała wtedy w kółko i recytowała:
„Królowo - powiedziała błękitna trawa - nie ścinaj mnie swym złotym nożem. Jestem błękitną trawą. Ale nie jestem trawą, która śpiewa nocą i dniem, trawą, która kruszy żelazo”.
„Jestem błękitną trawą, trawą, która śpiewa dniem i nocą. Jestem błękitną trawą, trawą, która śpiewa dniem i nocą”.
„Uczyniwszy to, dotknęła trawą łańcucha, który ważył siedemset funtów i skuwał Króla Kruków. Trawa wciąż śpiewała:
- Jestem błękitną trawą, trawą, która śpiewa dniem i nocą, trawą, która kruszy żelazo. Jestem błękitną trawą, trawą, która śpiewa dniem i nocą, trawą, która kruszy żelazo.”
Naprzemiennie z "Czy to bajka czy nie bajka, była sobie pchła Szachrajka", tudzież: "Pchła Szachrajka była mała, między pchełki się wmieszała."
Dziw, że ją rodzina nie zadusiła w desperacji.
Jak widać, małe żaby (znaczy - kijanki) lubiły przeskakiwać od mrocznych baśni do lekkiego humoru. I na odwrót.
wtorek, 5 stycznia 2010
Przyjaźń
Na liściu żabim ostatnio refleksyjnie, prawdopodobnie pod wpływem tego, co w kumkający żabi um wpadnie. Żaba przeczytała sobie do poduszki artykuł o. Macieja Zięby Fast food, fast fun, fast sex o przyjaźni i miłości, po raz kolejny zresztą i zamyśliła się nad znaczeniem przyjaźni. Tekst wprawdzie mówi o mężczyznach i ich sposobie przeżywania, odbierania bądź nieodbierania emocji, ale żabę, najbardziej poruszyło coś uniwersalnego - problem przyjaźni, niezależny od płci, narodowości czy innych kategorii. Jest coś bardzo prawdziwego w słowach dominikanina o karykaturach przyjaźni, fast foodach.
Popularna jest "przyjaźń kupiecka" – mówi o. Zięba – „ w której dajemy sobie afirmację i robimy coś wspólnie, dopóki nam to sprawia przyjemność. W gruncie rzeczy nie jest to miłość, tylko wymiana. Bo lubimy, gdy ktoś nas afirmuje, więc w zamian dajemy mu swoją afirmację. Ale kiedy pojawi się ktoś bardziej atrakcyjny, kto zaoferuje bardziej lukratywną afirmację, wtedy taka relacja przestaje się opłacać, więc się rozpada.
Karykaturą przyjaźni jest też "przyjaźń zbójecka". Ludzi łączy wspólny przeciwnik, więc tworzą sojusz imitujący przyjaźń. Niekiedy naprawdę w to wierzą, troszczą się o siebie wzajemnie. Ale kiedy osiągną cel, okazuje się, że przyjaźń pęka, bo nie miała wewnętrznego fundamentu.
Jest też "przyjaźń estetyczna" - łączy nas inteligentny small talk, narzekanie na szpetotę życia, wspólne koniaczki i wizyty w teatrze. Czujemy, że jesteśmy wrażliwi i delikatni, różni od otaczającej nas krzykliwej i brudnej rzeczywistości. Ale niech w takiej przyjaźni pojawi się jakiś problem i niewygoda, to koniec, bo dlatego jesteśmy ze sobą, by mieć dobre samopoczucie i unikać kłopotów.
Żaba nie-filozof, nie-filozof domorosły, bynajmniej nie stający w szranki ani z duchownymi z racji zawodu bardziej predysponowanymi do filozofii, ani tym bardziej z wielkimi czy małymi nawet filozofami, ale żabim umem coś tam kumkająca, się zamyśliła. A może czasem jest tak, że zupełnie inaczej rozumiemy słowo „przyjaźń’ i oznacza ono dla każdego z nas coś innego, zależnie od warunków, w których się wychował, doświadczeń, własnych przeżyć i zranień? Może czasami pewne gesty, czy słowa odbieramy zupełnie inaczej, bo tak nas nauczono? Czasem to kwestia słów, wyznawanych wartości, priorytetów? Przyjaźń się buduje. Na ogół długo. A często ktoś nas nie chce, nie życzy sobie. I zamiast powiedzieć to, zwyczajnie i po ludzku, odpycha, bo... sam się boi? Bo nie chce się otworzyć, bo to idzie czasem jak automat - ktoś Ci się zwierzy i wtedy Ty automatycznie też odpowiadasz tym samym, a przynajmniej rodzi się w Tobie taka potrzeba. Ważne jest jedno - otwarcie na drugiego człowieka. Umieć rozmawiać nie tylko o przyjemnych rzeczach, ale i trudnych. Umieć rozróżnić, czy, jeśli nas zraniono, to naprawdę "ja" zostałem zraniony, czy raczej moja "próżność"; czy celowo mnie odepchnięto czy też po prostu się nie dogadaliśmy? Potrafić – i chcieć rozmawiać, a jeśli nawet się nie chce, to wyczuć, kiedy jest to tak ważne, że milczenie bardziej zrani przyjaciela niż nawet kłótnia. Szanować drugiego (a czasem i trzeciego)człowieka i nie kłamać mu. I umieć zaufać. I czasem, często wybaczyć. I przyjąć wybaczenie. I przyjąć tego innego człowieka, przyjaciela, czasem wyjść z własnego egocentrycznego grajdołka(boć każdy z nas jest egocentrykiem), zostawić ‘ego’, ażeby coś dać, umieć przeprosić, jeśli on przez nas płakał. A w skrócie – po prostu: nie bać się, umieć rozmawiać, słuchać i być otwartym, umieć dać, ale też wziąć. Dla przyjaciela Twoje problemy i kłopoty, i zwierzenia nie są przykre czy krępujące, a nawet jeśli, to się przemoże, bo to Twoje problemy, bo to Ty mówisz. Tylko tyle, aż tyle. Pytanie czy to wszystko wykonalne dla przeciętnego człowieka? Dla dwojga ludzi, bo do przyjaźni, jak i do tanga czy miłości trzeba dwojga. Do przyjaźni wprawdzie może być i więcej osób, możemy przecież mieć kilku zupełnie różnych przyjaciół, choć z tą najgłębszą, najbardziej osobistą przyjaźnią często jest jak i z miłością - jest możliwa z jedną tylko osobą... A może nie? Żaba się zadumała głęboko. I westchnęła, aż pierzynka na liściu zafalowała.
Popularna jest "przyjaźń kupiecka" – mówi o. Zięba – „ w której dajemy sobie afirmację i robimy coś wspólnie, dopóki nam to sprawia przyjemność. W gruncie rzeczy nie jest to miłość, tylko wymiana. Bo lubimy, gdy ktoś nas afirmuje, więc w zamian dajemy mu swoją afirmację. Ale kiedy pojawi się ktoś bardziej atrakcyjny, kto zaoferuje bardziej lukratywną afirmację, wtedy taka relacja przestaje się opłacać, więc się rozpada.
Karykaturą przyjaźni jest też "przyjaźń zbójecka". Ludzi łączy wspólny przeciwnik, więc tworzą sojusz imitujący przyjaźń. Niekiedy naprawdę w to wierzą, troszczą się o siebie wzajemnie. Ale kiedy osiągną cel, okazuje się, że przyjaźń pęka, bo nie miała wewnętrznego fundamentu.
Jest też "przyjaźń estetyczna" - łączy nas inteligentny small talk, narzekanie na szpetotę życia, wspólne koniaczki i wizyty w teatrze. Czujemy, że jesteśmy wrażliwi i delikatni, różni od otaczającej nas krzykliwej i brudnej rzeczywistości. Ale niech w takiej przyjaźni pojawi się jakiś problem i niewygoda, to koniec, bo dlatego jesteśmy ze sobą, by mieć dobre samopoczucie i unikać kłopotów.
Żaba nie-filozof, nie-filozof domorosły, bynajmniej nie stający w szranki ani z duchownymi z racji zawodu bardziej predysponowanymi do filozofii, ani tym bardziej z wielkimi czy małymi nawet filozofami, ale żabim umem coś tam kumkająca, się zamyśliła. A może czasem jest tak, że zupełnie inaczej rozumiemy słowo „przyjaźń’ i oznacza ono dla każdego z nas coś innego, zależnie od warunków, w których się wychował, doświadczeń, własnych przeżyć i zranień? Może czasami pewne gesty, czy słowa odbieramy zupełnie inaczej, bo tak nas nauczono? Czasem to kwestia słów, wyznawanych wartości, priorytetów? Przyjaźń się buduje. Na ogół długo. A często ktoś nas nie chce, nie życzy sobie. I zamiast powiedzieć to, zwyczajnie i po ludzku, odpycha, bo... sam się boi? Bo nie chce się otworzyć, bo to idzie czasem jak automat - ktoś Ci się zwierzy i wtedy Ty automatycznie też odpowiadasz tym samym, a przynajmniej rodzi się w Tobie taka potrzeba. Ważne jest jedno - otwarcie na drugiego człowieka. Umieć rozmawiać nie tylko o przyjemnych rzeczach, ale i trudnych. Umieć rozróżnić, czy, jeśli nas zraniono, to naprawdę "ja" zostałem zraniony, czy raczej moja "próżność"; czy celowo mnie odepchnięto czy też po prostu się nie dogadaliśmy? Potrafić – i chcieć rozmawiać, a jeśli nawet się nie chce, to wyczuć, kiedy jest to tak ważne, że milczenie bardziej zrani przyjaciela niż nawet kłótnia. Szanować drugiego (a czasem i trzeciego)człowieka i nie kłamać mu. I umieć zaufać. I czasem, często wybaczyć. I przyjąć wybaczenie. I przyjąć tego innego człowieka, przyjaciela, czasem wyjść z własnego egocentrycznego grajdołka(boć każdy z nas jest egocentrykiem), zostawić ‘ego’, ażeby coś dać, umieć przeprosić, jeśli on przez nas płakał. A w skrócie – po prostu: nie bać się, umieć rozmawiać, słuchać i być otwartym, umieć dać, ale też wziąć. Dla przyjaciela Twoje problemy i kłopoty, i zwierzenia nie są przykre czy krępujące, a nawet jeśli, to się przemoże, bo to Twoje problemy, bo to Ty mówisz. Tylko tyle, aż tyle. Pytanie czy to wszystko wykonalne dla przeciętnego człowieka? Dla dwojga ludzi, bo do przyjaźni, jak i do tanga czy miłości trzeba dwojga. Do przyjaźni wprawdzie może być i więcej osób, możemy przecież mieć kilku zupełnie różnych przyjaciół, choć z tą najgłębszą, najbardziej osobistą przyjaźnią często jest jak i z miłością - jest możliwa z jedną tylko osobą... A może nie? Żaba się zadumała głęboko. I westchnęła, aż pierzynka na liściu zafalowała.
piątek, 20 listopada 2009
Willa
Domy są różne. Ładne, piękne, brzydkie, śmieszne, nowoczesne, nienowoczesne, w stylu takim to a takim, ale wszystkie dają się podzielić na te, które mają duszę i te, które jej nie mają. Dusza domu, to rzecz dziwna. Nieuchwytna rozumem, trudna do wytłumaczenia, wręcz nawet śmieszna. Jak to się dzieje, że często wchodzimy do jakiegoś eleganckiego mieszkania i natychmiast wychodzimy, bo coś jest w nim nie tak? Albo odwrotnie –natrafiasz na mieszkanie paskudne estetycznie, ale mimo to masz ochotę tam pozostać i nie przeszkadza Ci szkaradny żyrandol, dywan aż gryzący w stopy i równie jak żyrandol szkaradna meblościanka? A nowe mieszkania w nowych blokach są tak przeraźliwie zimne, a ich forma tak formalna, że pierwszą rzeczą, którą człowiek robi, to kupuje sobie coś kolorowego, ciepłego i miękkiego?
Czy dusza domu jest wypadkową kilku rzeczy? Tego, kto zbudował mieszkanie (byłoby to więc tchnięcie części własnej duszy w związanie cegły i kamienia) i ludzi, którzy w nim mieszkali? Czy to tylko złudzenie, wytwór naszej fantazji? My sami, antropomorfizujący wszystkie zjawiska i rzeczy i nie mogący ze swej natury uciec przez metaforyzowaniem w języku (co ładnie rozwinęli swego czasu panowie Lakoff i Johnson) usiłujemy uporządkować sobie i oswoić fakt, że coś istnieje poza nami? A jako że już zmetaforyzowaliśmy, to taż metafora wpływa na nasz sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości i działania?
Tego jesiennego dnia przechodziłam „na bliższe” – jak zawsze określaliśmy w rodzinie, nieco ironicznie, najdłuższą drogę, jaką można przebyć wracając ze szkoły do domu (i na odwrót), od Piotra Skargi, Tykocińską, trochę wbrew sobie, bo to oznaczało, że znów będę musiała patrzeć na willę Pietrusińskiego. Zaprojektował ją w latach 30. jako miejsce dla siebie i pracownię – po wojnie mu ten domeczek odebrano, dekretem Bieruta i wsadzono tam komitet partyjny. Potem był tam ZUS i Przedszkole, a może na odwrót, później siedziba firmy produkującej jakieś okablowania komputerowe ("Lanster", nawiasem mówiąc z Krakowa), teraz stoi pusta. I ta pustka jest czymś, co sprawia, że wszystko mnie boli. Domy – widma bolą. Aż namacalnie, fizycznie, to jest ten z niedobrych bólów duszy, które przekładają się na ból ciała. Patrzyłam na listopadowy, zrujnowany ogród, na powybijane okna i zniszczoną furtkę, na dach w bardzo dobrym stanie, bo ponoć zmieniany kilkanaście lat temu, za szczęśliwszych dla domu czasów i aż musiałam się złapać za ogrodzenie, bo mnie zakłuło w lewej piersi. Każdy, kto zna to, co się kryje pod pojęciem „domu-widma” ma zapewne jakiś wyniesiony z dzieciństwa obraz, który ubrał sobie w słowa, stwarzając własną językową matrycę. Moja, to zagubiony na skraju rachitycznego lasku, opuszczony drewniany dom, którego ganek zagarnęły jakieś dzikie pachnące zarośla, a nad nieładem we wnętrzu, na wpół zrujnowanymi piecami kaflowymi, starymi szafkami, zbutwiałymi papierami rozrzuconymi po podłodze i lalczyną główką na podłodze, czuwały tylko tłuste krzyżaki w pajęczynach. Wchodziłam tam bohatersko, zamykając oczy i macając gałęzią – zjawisko znane każdemu, kto na widok najmniejszego pająka w odległości dwóch metrów od siebie, mówi bliskim paniki głosem do osoby znajdującej się w tym samym pomieszczeniu: „czy możesz TO jakoś usunąć”? Gazety szeleściły pod nogami, w powietrzu unosił się dziwny zapach stęchlizny i niezamieszkałego od dawna miejsca, słońce wpadało przez okienka, pstrząc wesołymi plamami posadzkę. Podłoga na strychu zapadła się w jednym miejscu, ściany rozszparowały. Chodziłam jak po Krainie Czarów.
„- A tu tacy mieszkali” – poinformowała mnie starsza korpulentna pani na drodze. – „Wygrali coś tam na loterii i kupili sobie ładne porządne mieszkanie w blokach, o tam!”
Machnęła przy tym ręką w kierunku bloków za laskiem, na horyzoncie. – „A to tutaj puste stoi.”
Dom niszczał powoli. Krzaki zagarniały go, dach się zapadł. Aż ktoś, chcący, niechcący zaprószył ogień. Nie wiem, co tam jest teraz, nie odważyłam się od wielu lat pójść, czy pojechać rowerem, choć to jakieś dwadzieścia minut od domu moich rodziców.
A teraz, patrząc na willę, wciśniętą jakimś cudem między szare bloki jak perła w błoto, wspomniałam tamten dom. Tutaj i teraz, jeśli o willę Pietrusińskiego chodzi, no cóż...Podobno jakieś nieuregulowane prawo własności, podobno to, tamto... I ten dom będzie niszczał, jak mnóstwo innych rzeczy. Albo zostanie rozebrany. Lub kupi go jakaś firma na biuro czy miejsce szkoleń. Choć prawdopodobnie to pierwsze, bo komu się opłaca utrzymywać zabytek? Przykładem historia starej parowozowni na Wileńskiej. Przy al. Solidarności stoi też malutka niszczejąca willa, wciśnięta między bloki kolejowe – kiedyś była tam przychodnia weterynaryjna, obecnie nic. Tylko plakietka, informująca o zabytkowości i zabite drzwi, rysujące się mury.
A willa przy Tykocińskiej, cóż. Utrzymanie takiego domu kosztuje, ale – Panie Boże wszystkich zwierzątek dużych i małych – myślałam, opierając czoło o ogrodzenie – jeśli nie może być tak, żebym to ja miała pieniądze, aby kupić willę, jeśli to możliwe, albo wynająć, to niech ją kupi, kupi, wynajmie ktoś miły. Jakaś miła rodzina z dziećmi. Niech ogród zakwitnie, okna ożyją. Niech dzieci tam biegają wśród trawy i kwiatów.
Pan Bóg Wszystkich Zwierzątek, tradycyjnie nie odpowiedział. Dość miał innej roboty. Byłam głodna, ile można stać na zimnym dworze? Westchnęłam, poczekałam, aż przestanie mnie dusza boleć i poszłam. Sobie. Jak będzie ładna pogoda, wezmę szkicownik, ołówki i przecisnę się jakoś przez furtkę. Może się da. Może przypadkiem będzie otwarta.
Czy dusza domu jest wypadkową kilku rzeczy? Tego, kto zbudował mieszkanie (byłoby to więc tchnięcie części własnej duszy w związanie cegły i kamienia) i ludzi, którzy w nim mieszkali? Czy to tylko złudzenie, wytwór naszej fantazji? My sami, antropomorfizujący wszystkie zjawiska i rzeczy i nie mogący ze swej natury uciec przez metaforyzowaniem w języku (co ładnie rozwinęli swego czasu panowie Lakoff i Johnson) usiłujemy uporządkować sobie i oswoić fakt, że coś istnieje poza nami? A jako że już zmetaforyzowaliśmy, to taż metafora wpływa na nasz sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości i działania?
Tego jesiennego dnia przechodziłam „na bliższe” – jak zawsze określaliśmy w rodzinie, nieco ironicznie, najdłuższą drogę, jaką można przebyć wracając ze szkoły do domu (i na odwrót), od Piotra Skargi, Tykocińską, trochę wbrew sobie, bo to oznaczało, że znów będę musiała patrzeć na willę Pietrusińskiego. Zaprojektował ją w latach 30. jako miejsce dla siebie i pracownię – po wojnie mu ten domeczek odebrano, dekretem Bieruta i wsadzono tam komitet partyjny. Potem był tam ZUS i Przedszkole, a może na odwrót, później siedziba firmy produkującej jakieś okablowania komputerowe ("Lanster", nawiasem mówiąc z Krakowa), teraz stoi pusta. I ta pustka jest czymś, co sprawia, że wszystko mnie boli. Domy – widma bolą. Aż namacalnie, fizycznie, to jest ten z niedobrych bólów duszy, które przekładają się na ból ciała. Patrzyłam na listopadowy, zrujnowany ogród, na powybijane okna i zniszczoną furtkę, na dach w bardzo dobrym stanie, bo ponoć zmieniany kilkanaście lat temu, za szczęśliwszych dla domu czasów i aż musiałam się złapać za ogrodzenie, bo mnie zakłuło w lewej piersi. Każdy, kto zna to, co się kryje pod pojęciem „domu-widma” ma zapewne jakiś wyniesiony z dzieciństwa obraz, który ubrał sobie w słowa, stwarzając własną językową matrycę. Moja, to zagubiony na skraju rachitycznego lasku, opuszczony drewniany dom, którego ganek zagarnęły jakieś dzikie pachnące zarośla, a nad nieładem we wnętrzu, na wpół zrujnowanymi piecami kaflowymi, starymi szafkami, zbutwiałymi papierami rozrzuconymi po podłodze i lalczyną główką na podłodze, czuwały tylko tłuste krzyżaki w pajęczynach. Wchodziłam tam bohatersko, zamykając oczy i macając gałęzią – zjawisko znane każdemu, kto na widok najmniejszego pająka w odległości dwóch metrów od siebie, mówi bliskim paniki głosem do osoby znajdującej się w tym samym pomieszczeniu: „czy możesz TO jakoś usunąć”? Gazety szeleściły pod nogami, w powietrzu unosił się dziwny zapach stęchlizny i niezamieszkałego od dawna miejsca, słońce wpadało przez okienka, pstrząc wesołymi plamami posadzkę. Podłoga na strychu zapadła się w jednym miejscu, ściany rozszparowały. Chodziłam jak po Krainie Czarów.
„- A tu tacy mieszkali” – poinformowała mnie starsza korpulentna pani na drodze. – „Wygrali coś tam na loterii i kupili sobie ładne porządne mieszkanie w blokach, o tam!”
Machnęła przy tym ręką w kierunku bloków za laskiem, na horyzoncie. – „A to tutaj puste stoi.”
Dom niszczał powoli. Krzaki zagarniały go, dach się zapadł. Aż ktoś, chcący, niechcący zaprószył ogień. Nie wiem, co tam jest teraz, nie odważyłam się od wielu lat pójść, czy pojechać rowerem, choć to jakieś dwadzieścia minut od domu moich rodziców.
A teraz, patrząc na willę, wciśniętą jakimś cudem między szare bloki jak perła w błoto, wspomniałam tamten dom. Tutaj i teraz, jeśli o willę Pietrusińskiego chodzi, no cóż...Podobno jakieś nieuregulowane prawo własności, podobno to, tamto... I ten dom będzie niszczał, jak mnóstwo innych rzeczy. Albo zostanie rozebrany. Lub kupi go jakaś firma na biuro czy miejsce szkoleń. Choć prawdopodobnie to pierwsze, bo komu się opłaca utrzymywać zabytek? Przykładem historia starej parowozowni na Wileńskiej. Przy al. Solidarności stoi też malutka niszczejąca willa, wciśnięta między bloki kolejowe – kiedyś była tam przychodnia weterynaryjna, obecnie nic. Tylko plakietka, informująca o zabytkowości i zabite drzwi, rysujące się mury.
A willa przy Tykocińskiej, cóż. Utrzymanie takiego domu kosztuje, ale – Panie Boże wszystkich zwierzątek dużych i małych – myślałam, opierając czoło o ogrodzenie – jeśli nie może być tak, żebym to ja miała pieniądze, aby kupić willę, jeśli to możliwe, albo wynająć, to niech ją kupi, kupi, wynajmie ktoś miły. Jakaś miła rodzina z dziećmi. Niech ogród zakwitnie, okna ożyją. Niech dzieci tam biegają wśród trawy i kwiatów.
Pan Bóg Wszystkich Zwierzątek, tradycyjnie nie odpowiedział. Dość miał innej roboty. Byłam głodna, ile można stać na zimnym dworze? Westchnęłam, poczekałam, aż przestanie mnie dusza boleć i poszłam. Sobie. Jak będzie ładna pogoda, wezmę szkicownik, ołówki i przecisnę się jakoś przez furtkę. Może się da. Może przypadkiem będzie otwarta.
wtorek, 17 listopada 2009
Chleba i igrzysk!
Jeśli pierwszą rzeczą, jaką robi Twój pies po wyjściu na spacer jest wywęszenie i złapanie czegokolwiek do jedzenia, obojętnie czy to spleśniała bułka, resztki frytek z McDonaldsa, guma do żucia przylepiona na chodniku, kupka, względnie nieżywy krecik (i pies wywija przy tym ogonem);
jeśli potrafi zjeść na raz całą tabliczkę czekolady łącznie z opakowaniem i nic mu nie jest (ogon w ruchu),
jeśli wszystkie jadalne (i niejadalne) produkty trzeba głęboko schować, gdy przypadkiem opuścisz mieszkanie na 5 minut (ogon rzecz jasna...),
jeśli jest gościnny, towarzyski i
jeśli już na schodach rzuca się na Ciebie i twoich gości całym 33 kilogramowym ciężarem, radośnie wywijając młynka ogonem,
jeśli każdemu nowoprzybyłemu musi przynieść w zębach kapcie, zwłaszcza jeśli są nimi nowiutkie, eleganckie pantofle Pani za 350 PLN (ogon wariuje),
jeśli patrzy na Ciebie lub Twoich gości w trakcie śniadania/obiadu/powieczorku/kolacji wyjątkowo nawet jak na psa żałosnym spojrzeniem BARDZO GŁODNEGO I ZABIEDZONEGO SZKIELETU tak, że każdy kęs rośnie wam w ustach (ogon nieruchomieje),
jeśli wyczuwa Twoje i bliskich nastroje (ruchliwość ogona wprost proporcjonalna do stanu psychicznego Pana/Pani, domowników i gości)
jeśli uwielbia ładować się na Twoje łóżko (obojętnie z kim śpisz) i udaje, że śpi bardzo głębokim snem i nie da się go ruszyć (ogon w stanie uśpienia),
jeśli nigdy mu nie za mało rąk do głaskania i z radością wystawia wszystkie cztery łapy do góry o każdej porze dnia i nocy (ogon w radosnym ruchu, bądź rozkosznym wyprężeniu),
jeśli w Twoim mieszkaniu, na ubraniach, ręcznikach i czym się da, jest pełno sierści (ogon w lekkim zmieszaniu: "to chyba nie ja");
jeśli Twój pies włazi we wszystko, co jest mokre (ogon też macza),
a zwłaszcza uwielbia głęboką wodę i ratowanie Pani, szczególnie jeśli ta umie pływać,
jeśli uwielbia ganiać za patykami i piszczącymi piłeczkami w chwili przerwy w polowaniu na cokolwiek jadalnego (i niejadalnego),
jeśli 100 metrów przed gabinetem weterynarza zaczyna ostentacyjnie kuleć, dając do zrozumienia, że jest ciężko poszkodowany i nie może iść dalej,
jeśli wykazuje się wielką asertywnością w kontaktach z Panią (udaje, że nie słyszy, ogon powiewa jak sztandar),
jeśli zamyśla się w najdziwniejszych momentach życia(np. kiedy trzeba zostawić te glony, plażę i iść do domu),
jeśli jego mottem życiowym jest rzymskie panem et circensēs,
to znaczy, że masz w domu typowego labradora...
a właściwie labradorkę.
Do którego to wniosku doszłyśmy ostatnio z żabią przyjaciółką, szczęśliwą właścicielką niejakiej Grani.

Mało dają, u licha!. Fot. Archiwum żabie

Grania plażowa. Fot. Archiwum żabie
jeśli potrafi zjeść na raz całą tabliczkę czekolady łącznie z opakowaniem i nic mu nie jest (ogon w ruchu),
jeśli wszystkie jadalne (i niejadalne) produkty trzeba głęboko schować, gdy przypadkiem opuścisz mieszkanie na 5 minut (ogon rzecz jasna...),
jeśli jest gościnny, towarzyski i
jeśli już na schodach rzuca się na Ciebie i twoich gości całym 33 kilogramowym ciężarem, radośnie wywijając młynka ogonem,
jeśli każdemu nowoprzybyłemu musi przynieść w zębach kapcie, zwłaszcza jeśli są nimi nowiutkie, eleganckie pantofle Pani za 350 PLN (ogon wariuje),
jeśli patrzy na Ciebie lub Twoich gości w trakcie śniadania/obiadu/powieczorku/kolacji wyjątkowo nawet jak na psa żałosnym spojrzeniem BARDZO GŁODNEGO I ZABIEDZONEGO SZKIELETU tak, że każdy kęs rośnie wam w ustach (ogon nieruchomieje),
jeśli wyczuwa Twoje i bliskich nastroje (ruchliwość ogona wprost proporcjonalna do stanu psychicznego Pana/Pani, domowników i gości)
jeśli uwielbia ładować się na Twoje łóżko (obojętnie z kim śpisz) i udaje, że śpi bardzo głębokim snem i nie da się go ruszyć (ogon w stanie uśpienia),
jeśli nigdy mu nie za mało rąk do głaskania i z radością wystawia wszystkie cztery łapy do góry o każdej porze dnia i nocy (ogon w radosnym ruchu, bądź rozkosznym wyprężeniu),
jeśli w Twoim mieszkaniu, na ubraniach, ręcznikach i czym się da, jest pełno sierści (ogon w lekkim zmieszaniu: "to chyba nie ja");
jeśli Twój pies włazi we wszystko, co jest mokre (ogon też macza),
a zwłaszcza uwielbia głęboką wodę i ratowanie Pani, szczególnie jeśli ta umie pływać,
jeśli uwielbia ganiać za patykami i piszczącymi piłeczkami w chwili przerwy w polowaniu na cokolwiek jadalnego (i niejadalnego),
jeśli 100 metrów przed gabinetem weterynarza zaczyna ostentacyjnie kuleć, dając do zrozumienia, że jest ciężko poszkodowany i nie może iść dalej,
jeśli wykazuje się wielką asertywnością w kontaktach z Panią (udaje, że nie słyszy, ogon powiewa jak sztandar),
jeśli zamyśla się w najdziwniejszych momentach życia(np. kiedy trzeba zostawić te glony, plażę i iść do domu),
jeśli jego mottem życiowym jest rzymskie panem et circensēs,
to znaczy, że masz w domu typowego labradora...
a właściwie labradorkę.
Do którego to wniosku doszłyśmy ostatnio z żabią przyjaciółką, szczęśliwą właścicielką niejakiej Grani.
Mało dają, u licha!. Fot. Archiwum żabie
Grania plażowa. Fot. Archiwum żabie
czwartek, 12 listopada 2009
"Kroki"
Z Godota i jego cienia A. Libery; rozważanie o Krokach ('Footfalls') Becketta, dziwnej historii o dziewczynie-kobiecie, która, w kolejnych odsłonach ze swego życia, snuje się po swym domu tam i z powrotem, w rytmie wciąż tak samo stukających kroków, mówiąc, (najpierw do matki, potem, kiedy matki zabrakło, do siebie samej), opowiadając historię swego życia, mieszając rzeczywiste zdarzenia z fantazją:
"A zatem skoro May (tak postać ma na imię) jest przekonana o tym, że właśnie jest tak, jak myśli - że się n i e urodziła, a jedynie "zaczęła", a przez to, że istnieje "pozornie", połowicznie, "jakby jej nigdy nie było"- to w pewnym sensie tak jest. W takim, że sposób jej bycia stanowi tego pochodną, że jej los to potwierdza. Nie da się tu ustalić związku przyczyny i skutku; co zależy od czego: myśl (urojenia, fantazje) od pewnej rzeczywistości, czy pewna rzeczywistość (upiorne istnienie) od myśli. Te dwa elementy bytu są ze sobą sprzęgnięte na niepojętej zasadzie, a to, co je sprzęga, to słowo. Bo słowo urzeczowia, czyni myśl obiektywną.
Krótkie, lecz jakże gęste studium obłędu, nieszczęścia i samospełnienia przez mowę mieni się znaczeniami. Kojarzy się przede wszystkim z biblijną mitologią o stworzeniu człowieka, tyle że polemicznie, antyteza. Zamiast ojca jest matka, a dziecko nie tylko nie jest istotą błogosławioną, wywyższoną nad inne, ale, przeciwnie, bytem poronionym, przeklętym. Co więcej, to nie ono, skażone "wadą wrodzoną", prosi o wybaczenie tę, która dała życie, ale odwrotnie, matka córkę wydaną na świat: za życie "połowiczne", nacechowane cierpieniem. Wreszcie nie ma tu nawet pojęcia "urodzenia", synonimu kreacji. Matka nie "urodziła" swojej nieszczęsnej córki, tylko "miała ją w życiu", a córka, odpowiednio, nie "urodziła się", lecz tylko "się zaczęła".
Ta gorzka trawestacja tryumfalnego mitu o powstaniu człowiek odwzorowuje dla mnie świadomość czy samowiedzę epoki nowożytnej. Bo czyż nie doszło w tym czasie do nagłej detronizacji Ojca -Stwórcy-w-Niebiosach na rzecz Matki-Natury? Czyż hegemonii ducha nie przejęła Materia? Czyż wiary w tajemnicę i niezbadane wyroki nie zastąpiła wiara w empirycznie sprawdzalne, "bezduszne" prawa przyrody? I czyż wraz z tym przewrotem nie doszła do głosu idea, i człowiek jako gatunek ani nie powstał od razu, ani nie jest niezmienny lecz że jest tylko ogniwem w łańcuchu ewolucji i wciąż się przeobraża? Co więcej, że te zmiany zachodzą w pewnej mierze w wyniku tego co myśli, ponieważ jest z nim tak, ż e s t a j e s i ę n i e u ch r o n n i e j a k i m s i e b i e w y m y ś l i.
Dlaczego jednak ten nowy autoportret człowieka, wykonany przez mistrza epoki nowożytnej, jest mroczny, przygniatający, a nie prznajmniej bezstronny; niewzbudzający emocji? Dlaczego dany stan rzecz przedstawiony jest jako choroba i nieszczęście? Z jakiego punktu widzenia można to tak ocenić? Czy człowiek jako twór ojca, wygnali przezeń z raju wskutek nieposłuszeństwa i skazany na znój i na przeklętą ziemię, był zdrowy i szczęśliwy?
A jednak autoportret wyryty na kartach Biblii, przy wszelkich swoich cieniach i śladach utrapienia, jest w sumie pogodniejszy, o wiele mniej posępny. Bo człowiek w swym nieszczęściu, choćby i najstraszniejszym - jak to, co spotkało Hioba - nie pozostaje sam, wydany na pastwę losu, ale obcuje z kimś, kto troszczy się o niego. Ten ktoś t stworzyciel świata, jego władca i sędzia. I jakkolwiek w swej roli bywa surowy i gniewny, i na jakkolwiek ciężkie potrafi wystawić próby swojego podopiecznego, jest dlań gwarantem sensu: takiego ładu świata, w którym istota ludzka stanowi punkt centralny i ostateczny cel (ani środek do celu) i dana jest jej szansa wiecznego bezpieczeństwa.
Ten autoportret człowieka epoki nowożytnej - zrobiony, między innymi, ręką Becketta w Footfalls - jest pozbawiony owego kardynalnego tła, Tutaj istota ludzka nie tylko jest już sama, zdana wyłącznie na siebie i bez żadnej busoli, która by wskazywała przynajmniej na istnienie jakichś sensownych stron świata, nie mówiąc o ich wartości, lecz nie ma nawet pojęcia, kim i na ile jest. Może tylko hybrydą, I przelotnym kaprysem natury? A może formą przejściową, dziełem-w-toku, poczwarką? Czyż nie taki stan rzeczy zdaje się sugerować pajęcza szata-kokon, w jaką odziana jest May? Szata, pod którą nic nie ma, wedle jej wyobrażeń; przez którą "pewne światło" - odbijające się tylko od życia prawdziwego, nie będącego "pozorem" - prześwieca "niczym księżyc przez poszarpane chmury”. "
Patrz: Antoni Libera, Godot i jego cień, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s.193-195.
"A zatem skoro May (tak postać ma na imię) jest przekonana o tym, że właśnie jest tak, jak myśli - że się n i e urodziła, a jedynie "zaczęła", a przez to, że istnieje "pozornie", połowicznie, "jakby jej nigdy nie było"- to w pewnym sensie tak jest. W takim, że sposób jej bycia stanowi tego pochodną, że jej los to potwierdza. Nie da się tu ustalić związku przyczyny i skutku; co zależy od czego: myśl (urojenia, fantazje) od pewnej rzeczywistości, czy pewna rzeczywistość (upiorne istnienie) od myśli. Te dwa elementy bytu są ze sobą sprzęgnięte na niepojętej zasadzie, a to, co je sprzęga, to słowo. Bo słowo urzeczowia, czyni myśl obiektywną.
Krótkie, lecz jakże gęste studium obłędu, nieszczęścia i samospełnienia przez mowę mieni się znaczeniami. Kojarzy się przede wszystkim z biblijną mitologią o stworzeniu człowieka, tyle że polemicznie, antyteza. Zamiast ojca jest matka, a dziecko nie tylko nie jest istotą błogosławioną, wywyższoną nad inne, ale, przeciwnie, bytem poronionym, przeklętym. Co więcej, to nie ono, skażone "wadą wrodzoną", prosi o wybaczenie tę, która dała życie, ale odwrotnie, matka córkę wydaną na świat: za życie "połowiczne", nacechowane cierpieniem. Wreszcie nie ma tu nawet pojęcia "urodzenia", synonimu kreacji. Matka nie "urodziła" swojej nieszczęsnej córki, tylko "miała ją w życiu", a córka, odpowiednio, nie "urodziła się", lecz tylko "się zaczęła".
Ta gorzka trawestacja tryumfalnego mitu o powstaniu człowiek odwzorowuje dla mnie świadomość czy samowiedzę epoki nowożytnej. Bo czyż nie doszło w tym czasie do nagłej detronizacji Ojca -Stwórcy-w-Niebiosach na rzecz Matki-Natury? Czyż hegemonii ducha nie przejęła Materia? Czyż wiary w tajemnicę i niezbadane wyroki nie zastąpiła wiara w empirycznie sprawdzalne, "bezduszne" prawa przyrody? I czyż wraz z tym przewrotem nie doszła do głosu idea, i człowiek jako gatunek ani nie powstał od razu, ani nie jest niezmienny lecz że jest tylko ogniwem w łańcuchu ewolucji i wciąż się przeobraża? Co więcej, że te zmiany zachodzą w pewnej mierze w wyniku tego co myśli, ponieważ jest z nim tak, ż e s t a j e s i ę n i e u ch r o n n i e j a k i m s i e b i e w y m y ś l i.
Dlaczego jednak ten nowy autoportret człowieka, wykonany przez mistrza epoki nowożytnej, jest mroczny, przygniatający, a nie prznajmniej bezstronny; niewzbudzający emocji? Dlaczego dany stan rzecz przedstawiony jest jako choroba i nieszczęście? Z jakiego punktu widzenia można to tak ocenić? Czy człowiek jako twór ojca, wygnali przezeń z raju wskutek nieposłuszeństwa i skazany na znój i na przeklętą ziemię, był zdrowy i szczęśliwy?
A jednak autoportret wyryty na kartach Biblii, przy wszelkich swoich cieniach i śladach utrapienia, jest w sumie pogodniejszy, o wiele mniej posępny. Bo człowiek w swym nieszczęściu, choćby i najstraszniejszym - jak to, co spotkało Hioba - nie pozostaje sam, wydany na pastwę losu, ale obcuje z kimś, kto troszczy się o niego. Ten ktoś t stworzyciel świata, jego władca i sędzia. I jakkolwiek w swej roli bywa surowy i gniewny, i na jakkolwiek ciężkie potrafi wystawić próby swojego podopiecznego, jest dlań gwarantem sensu: takiego ładu świata, w którym istota ludzka stanowi punkt centralny i ostateczny cel (ani środek do celu) i dana jest jej szansa wiecznego bezpieczeństwa.
Ten autoportret człowieka epoki nowożytnej - zrobiony, między innymi, ręką Becketta w Footfalls - jest pozbawiony owego kardynalnego tła, Tutaj istota ludzka nie tylko jest już sama, zdana wyłącznie na siebie i bez żadnej busoli, która by wskazywała przynajmniej na istnienie jakichś sensownych stron świata, nie mówiąc o ich wartości, lecz nie ma nawet pojęcia, kim i na ile jest. Może tylko hybrydą, I przelotnym kaprysem natury? A może formą przejściową, dziełem-w-toku, poczwarką? Czyż nie taki stan rzeczy zdaje się sugerować pajęcza szata-kokon, w jaką odziana jest May? Szata, pod którą nic nie ma, wedle jej wyobrażeń; przez którą "pewne światło" - odbijające się tylko od życia prawdziwego, nie będącego "pozorem" - prześwieca "niczym księżyc przez poszarpane chmury”. "
Patrz: Antoni Libera, Godot i jego cień, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s.193-195.
wtorek, 10 listopada 2009
żaba w górach
Za oknami jesienna plucha, szaruga i za mokro nawet dla żab. I przyszły do małej, zielonej żabki, nieoczekiwanie, wspomnienia lata, rozgrzanych słońcem liści, tak innych niż te wielkomiejskie i ciepłej wody, w której po deszczu odbijała się tęcza.
I przypomniała sobie, wzdychając z nostalgią iście listopadową, bieszczadzki staw (ludzie nazywają go 'kałużą), który odwiedziła latem tego roku. Nie siedziała w nim jako ta dostojna żaba z haiku mistrza Issy, co to:
Statecznie siedzi
Kontemplując góry
Szanowna żaba
o, nie! Starsze, rozsądne żaby, kumkały z oburzeniem, ale nawet stare mądre żaby nie zawsze kumają. A to przecież było lato!
I przypomniała sobie, wzdychając z nostalgią iście listopadową, bieszczadzki staw (ludzie nazywają go 'kałużą), który odwiedziła latem tego roku. Nie siedziała w nim jako ta dostojna żaba z haiku mistrza Issy, co to:
Statecznie siedzi
Kontemplując góry
Szanowna żaba
o, nie! Starsze, rozsądne żaby, kumkały z oburzeniem, ale nawet stare mądre żaby nie zawsze kumają. A to przecież było lato!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
żabi blok
Jako że jest to żabi blok (żabie rysunki będą, będą), witam potencjalnych czytelników stosownym i staroświeckim (jak na żabkę) : kum! kum! kum!
