Coraz bardziej jesienna jesień, a żaba przebywa w dalekiej Toskanii. Lekturowo, rzecz jasna, siedząc wygodnie na własnym zielonym liściu i sącząc małymi łyczkami zieloną herbatę z opuncją. W miejscu dość niecodziennym, bo na plebanii, gdzie autorka, Małgorzata Matyjaszczyk, malarka, nauczycielka plastyki, jest gospodynią u zaprzyjaźnionego księdza. Plebanie literackie dotąd odwiedziłam dwie – w Złotym Brzegu i w Haworth, obie odległe w czasie (pierwsza na początku XX wieku, druga w I połowie XIX) i obie protestanckie. Gwoli ścisłości pierwsza prezbiteriańska, druga anglikańska z silnym wpływem rozwijającego się wtedy metodyzmu, do którego pastor Brontë zachował przez całe życie pewną życzliwość, również przez wzgląd na swego dawnego proboszcza, Tomasza Tighe, przyjaźniącego się z twórcą anglikańskiego metodyzmu, Johnem Wesleyem. Tutaj mamy XXI wiek, rok 2007, włoska kuchnia, kolory, sztuka, katedry, małe i wielkie kościoły, z których każdy jest zabytkiem, problemy życia codziennego, odmienne obyczaje...niby wcześniej to wszystko znałam, z różnych innych i z większym polotem napisanych książek ale, na wszelkie żabiości, na pewno nie z punktu widzenia artystki gosposiującej na wymagającej remontu plebanii w San Pantaleo i zajmującej się dodatkowo wyrabianiem pięknych świec (choćby w kształcie żółtego sera)! Dla tegoż faktu i dla całej masy ciekawych faktograficznie szczegółów, no i miejsca, warto choć przejrzeć.
Właśnie dotarłam do robienia kremu z serka mascarpone (książka zgodnie z obowiązująca modą w tego typu tekstach, jest okraszona gęsto przepisami kulinarnymi) i zdecydowanie zgłodniałam. Chlebek razowy, salami, pomidor, oliwa i można dalej czytać o wystawie w Uffizi, gdzie rokrocznie na Boże Narodzenie z magazynów wyciąga się dzieła, których nie zmieszczono w salach stałych wystaw. Autorka, nie przepadająca zwyczajnie za moim ulubionym Botticellim, zechciała zwrócić mu honor za Madonnę della loggia. Pochwalam. Sacząc zielono zieloną herbatę, zagryzaną salami. Dla zainteresowanych kumknięciem, dziełko nosi tytuł: „Mój pierwszy rok w Toskanii”.
wtorek, 24 listopada 2009
piątek, 20 listopada 2009
Willa
Domy są różne. Ładne, piękne, brzydkie, śmieszne, nowoczesne, nienowoczesne, w stylu takim to a takim, ale wszystkie dają się podzielić na te, które mają duszę i te, które jej nie mają. Dusza domu, to rzecz dziwna. Nieuchwytna rozumem, trudna do wytłumaczenia, wręcz nawet śmieszna. Jak to się dzieje, że często wchodzimy do jakiegoś eleganckiego mieszkania i natychmiast wychodzimy, bo coś jest w nim nie tak? Albo odwrotnie –natrafiasz na mieszkanie paskudne estetycznie, ale mimo to masz ochotę tam pozostać i nie przeszkadza Ci szkaradny żyrandol, dywan aż gryzący w stopy i równie jak żyrandol szkaradna meblościanka? A nowe mieszkania w nowych blokach są tak przeraźliwie zimne, a ich forma tak formalna, że pierwszą rzeczą, którą człowiek robi, to kupuje sobie coś kolorowego, ciepłego i miękkiego?
Czy dusza domu jest wypadkową kilku rzeczy? Tego, kto zbudował mieszkanie (byłoby to więc tchnięcie części własnej duszy w związanie cegły i kamienia) i ludzi, którzy w nim mieszkali? Czy to tylko złudzenie, wytwór naszej fantazji? My sami, antropomorfizujący wszystkie zjawiska i rzeczy i nie mogący ze swej natury uciec przez metaforyzowaniem w języku (co ładnie rozwinęli swego czasu panowie Lakoff i Johnson) usiłujemy uporządkować sobie i oswoić fakt, że coś istnieje poza nami? A jako że już zmetaforyzowaliśmy, to taż metafora wpływa na nasz sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości i działania?
Tego jesiennego dnia przechodziłam „na bliższe” – jak zawsze określaliśmy w rodzinie, nieco ironicznie, najdłuższą drogę, jaką można przebyć wracając ze szkoły do domu (i na odwrót), od Piotra Skargi, Tykocińską, trochę wbrew sobie, bo to oznaczało, że znów będę musiała patrzeć na willę Pietrusińskiego. Zaprojektował ją w latach 30. jako miejsce dla siebie i pracownię – po wojnie mu ten domeczek odebrano, dekretem Bieruta i wsadzono tam komitet partyjny. Potem był tam ZUS i Przedszkole, a może na odwrót, później siedziba firmy produkującej jakieś okablowania komputerowe ("Lanster", nawiasem mówiąc z Krakowa), teraz stoi pusta. I ta pustka jest czymś, co sprawia, że wszystko mnie boli. Domy – widma bolą. Aż namacalnie, fizycznie, to jest ten z niedobrych bólów duszy, które przekładają się na ból ciała. Patrzyłam na listopadowy, zrujnowany ogród, na powybijane okna i zniszczoną furtkę, na dach w bardzo dobrym stanie, bo ponoć zmieniany kilkanaście lat temu, za szczęśliwszych dla domu czasów i aż musiałam się złapać za ogrodzenie, bo mnie zakłuło w lewej piersi. Każdy, kto zna to, co się kryje pod pojęciem „domu-widma” ma zapewne jakiś wyniesiony z dzieciństwa obraz, który ubrał sobie w słowa, stwarzając własną językową matrycę. Moja, to zagubiony na skraju rachitycznego lasku, opuszczony drewniany dom, którego ganek zagarnęły jakieś dzikie pachnące zarośla, a nad nieładem we wnętrzu, na wpół zrujnowanymi piecami kaflowymi, starymi szafkami, zbutwiałymi papierami rozrzuconymi po podłodze i lalczyną główką na podłodze, czuwały tylko tłuste krzyżaki w pajęczynach. Wchodziłam tam bohatersko, zamykając oczy i macając gałęzią – zjawisko znane każdemu, kto na widok najmniejszego pająka w odległości dwóch metrów od siebie, mówi bliskim paniki głosem do osoby znajdującej się w tym samym pomieszczeniu: „czy możesz TO jakoś usunąć”? Gazety szeleściły pod nogami, w powietrzu unosił się dziwny zapach stęchlizny i niezamieszkałego od dawna miejsca, słońce wpadało przez okienka, pstrząc wesołymi plamami posadzkę. Podłoga na strychu zapadła się w jednym miejscu, ściany rozszparowały. Chodziłam jak po Krainie Czarów.
„- A tu tacy mieszkali” – poinformowała mnie starsza korpulentna pani na drodze. – „Wygrali coś tam na loterii i kupili sobie ładne porządne mieszkanie w blokach, o tam!”
Machnęła przy tym ręką w kierunku bloków za laskiem, na horyzoncie. – „A to tutaj puste stoi.”
Dom niszczał powoli. Krzaki zagarniały go, dach się zapadł. Aż ktoś, chcący, niechcący zaprószył ogień. Nie wiem, co tam jest teraz, nie odważyłam się od wielu lat pójść, czy pojechać rowerem, choć to jakieś dwadzieścia minut od domu moich rodziców.
A teraz, patrząc na willę, wciśniętą jakimś cudem między szare bloki jak perła w błoto, wspomniałam tamten dom. Tutaj i teraz, jeśli o willę Pietrusińskiego chodzi, no cóż...Podobno jakieś nieuregulowane prawo własności, podobno to, tamto... I ten dom będzie niszczał, jak mnóstwo innych rzeczy. Albo zostanie rozebrany. Lub kupi go jakaś firma na biuro czy miejsce szkoleń. Choć prawdopodobnie to pierwsze, bo komu się opłaca utrzymywać zabytek? Przykładem historia starej parowozowni na Wileńskiej. Przy al. Solidarności stoi też malutka niszczejąca willa, wciśnięta między bloki kolejowe – kiedyś była tam przychodnia weterynaryjna, obecnie nic. Tylko plakietka, informująca o zabytkowości i zabite drzwi, rysujące się mury.
A willa przy Tykocińskiej, cóż. Utrzymanie takiego domu kosztuje, ale – Panie Boże wszystkich zwierzątek dużych i małych – myślałam, opierając czoło o ogrodzenie – jeśli nie może być tak, żebym to ja miała pieniądze, aby kupić willę, jeśli to możliwe, albo wynająć, to niech ją kupi, kupi, wynajmie ktoś miły. Jakaś miła rodzina z dziećmi. Niech ogród zakwitnie, okna ożyją. Niech dzieci tam biegają wśród trawy i kwiatów.
Pan Bóg Wszystkich Zwierzątek, tradycyjnie nie odpowiedział. Dość miał innej roboty. Byłam głodna, ile można stać na zimnym dworze? Westchnęłam, poczekałam, aż przestanie mnie dusza boleć i poszłam. Sobie. Jak będzie ładna pogoda, wezmę szkicownik, ołówki i przecisnę się jakoś przez furtkę. Może się da. Może przypadkiem będzie otwarta.
Czy dusza domu jest wypadkową kilku rzeczy? Tego, kto zbudował mieszkanie (byłoby to więc tchnięcie części własnej duszy w związanie cegły i kamienia) i ludzi, którzy w nim mieszkali? Czy to tylko złudzenie, wytwór naszej fantazji? My sami, antropomorfizujący wszystkie zjawiska i rzeczy i nie mogący ze swej natury uciec przez metaforyzowaniem w języku (co ładnie rozwinęli swego czasu panowie Lakoff i Johnson) usiłujemy uporządkować sobie i oswoić fakt, że coś istnieje poza nami? A jako że już zmetaforyzowaliśmy, to taż metafora wpływa na nasz sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości i działania?
Tego jesiennego dnia przechodziłam „na bliższe” – jak zawsze określaliśmy w rodzinie, nieco ironicznie, najdłuższą drogę, jaką można przebyć wracając ze szkoły do domu (i na odwrót), od Piotra Skargi, Tykocińską, trochę wbrew sobie, bo to oznaczało, że znów będę musiała patrzeć na willę Pietrusińskiego. Zaprojektował ją w latach 30. jako miejsce dla siebie i pracownię – po wojnie mu ten domeczek odebrano, dekretem Bieruta i wsadzono tam komitet partyjny. Potem był tam ZUS i Przedszkole, a może na odwrót, później siedziba firmy produkującej jakieś okablowania komputerowe ("Lanster", nawiasem mówiąc z Krakowa), teraz stoi pusta. I ta pustka jest czymś, co sprawia, że wszystko mnie boli. Domy – widma bolą. Aż namacalnie, fizycznie, to jest ten z niedobrych bólów duszy, które przekładają się na ból ciała. Patrzyłam na listopadowy, zrujnowany ogród, na powybijane okna i zniszczoną furtkę, na dach w bardzo dobrym stanie, bo ponoć zmieniany kilkanaście lat temu, za szczęśliwszych dla domu czasów i aż musiałam się złapać za ogrodzenie, bo mnie zakłuło w lewej piersi. Każdy, kto zna to, co się kryje pod pojęciem „domu-widma” ma zapewne jakiś wyniesiony z dzieciństwa obraz, który ubrał sobie w słowa, stwarzając własną językową matrycę. Moja, to zagubiony na skraju rachitycznego lasku, opuszczony drewniany dom, którego ganek zagarnęły jakieś dzikie pachnące zarośla, a nad nieładem we wnętrzu, na wpół zrujnowanymi piecami kaflowymi, starymi szafkami, zbutwiałymi papierami rozrzuconymi po podłodze i lalczyną główką na podłodze, czuwały tylko tłuste krzyżaki w pajęczynach. Wchodziłam tam bohatersko, zamykając oczy i macając gałęzią – zjawisko znane każdemu, kto na widok najmniejszego pająka w odległości dwóch metrów od siebie, mówi bliskim paniki głosem do osoby znajdującej się w tym samym pomieszczeniu: „czy możesz TO jakoś usunąć”? Gazety szeleściły pod nogami, w powietrzu unosił się dziwny zapach stęchlizny i niezamieszkałego od dawna miejsca, słońce wpadało przez okienka, pstrząc wesołymi plamami posadzkę. Podłoga na strychu zapadła się w jednym miejscu, ściany rozszparowały. Chodziłam jak po Krainie Czarów.
„- A tu tacy mieszkali” – poinformowała mnie starsza korpulentna pani na drodze. – „Wygrali coś tam na loterii i kupili sobie ładne porządne mieszkanie w blokach, o tam!”
Machnęła przy tym ręką w kierunku bloków za laskiem, na horyzoncie. – „A to tutaj puste stoi.”
Dom niszczał powoli. Krzaki zagarniały go, dach się zapadł. Aż ktoś, chcący, niechcący zaprószył ogień. Nie wiem, co tam jest teraz, nie odważyłam się od wielu lat pójść, czy pojechać rowerem, choć to jakieś dwadzieścia minut od domu moich rodziców.
A teraz, patrząc na willę, wciśniętą jakimś cudem między szare bloki jak perła w błoto, wspomniałam tamten dom. Tutaj i teraz, jeśli o willę Pietrusińskiego chodzi, no cóż...Podobno jakieś nieuregulowane prawo własności, podobno to, tamto... I ten dom będzie niszczał, jak mnóstwo innych rzeczy. Albo zostanie rozebrany. Lub kupi go jakaś firma na biuro czy miejsce szkoleń. Choć prawdopodobnie to pierwsze, bo komu się opłaca utrzymywać zabytek? Przykładem historia starej parowozowni na Wileńskiej. Przy al. Solidarności stoi też malutka niszczejąca willa, wciśnięta między bloki kolejowe – kiedyś była tam przychodnia weterynaryjna, obecnie nic. Tylko plakietka, informująca o zabytkowości i zabite drzwi, rysujące się mury.
A willa przy Tykocińskiej, cóż. Utrzymanie takiego domu kosztuje, ale – Panie Boże wszystkich zwierzątek dużych i małych – myślałam, opierając czoło o ogrodzenie – jeśli nie może być tak, żebym to ja miała pieniądze, aby kupić willę, jeśli to możliwe, albo wynająć, to niech ją kupi, kupi, wynajmie ktoś miły. Jakaś miła rodzina z dziećmi. Niech ogród zakwitnie, okna ożyją. Niech dzieci tam biegają wśród trawy i kwiatów.
Pan Bóg Wszystkich Zwierzątek, tradycyjnie nie odpowiedział. Dość miał innej roboty. Byłam głodna, ile można stać na zimnym dworze? Westchnęłam, poczekałam, aż przestanie mnie dusza boleć i poszłam. Sobie. Jak będzie ładna pogoda, wezmę szkicownik, ołówki i przecisnę się jakoś przez furtkę. Może się da. Może przypadkiem będzie otwarta.
wtorek, 17 listopada 2009
Chleba i igrzysk!
Jeśli pierwszą rzeczą, jaką robi Twój pies po wyjściu na spacer jest wywęszenie i złapanie czegokolwiek do jedzenia, obojętnie czy to spleśniała bułka, resztki frytek z McDonaldsa, guma do żucia przylepiona na chodniku, kupka, względnie nieżywy krecik (i pies wywija przy tym ogonem);
jeśli potrafi zjeść na raz całą tabliczkę czekolady łącznie z opakowaniem i nic mu nie jest (ogon w ruchu),
jeśli wszystkie jadalne (i niejadalne) produkty trzeba głęboko schować, gdy przypadkiem opuścisz mieszkanie na 5 minut (ogon rzecz jasna...),
jeśli jest gościnny, towarzyski i
jeśli już na schodach rzuca się na Ciebie i twoich gości całym 33 kilogramowym ciężarem, radośnie wywijając młynka ogonem,
jeśli każdemu nowoprzybyłemu musi przynieść w zębach kapcie, zwłaszcza jeśli są nimi nowiutkie, eleganckie pantofle Pani za 350 PLN (ogon wariuje),
jeśli patrzy na Ciebie lub Twoich gości w trakcie śniadania/obiadu/powieczorku/kolacji wyjątkowo nawet jak na psa żałosnym spojrzeniem BARDZO GŁODNEGO I ZABIEDZONEGO SZKIELETU tak, że każdy kęs rośnie wam w ustach (ogon nieruchomieje),
jeśli wyczuwa Twoje i bliskich nastroje (ruchliwość ogona wprost proporcjonalna do stanu psychicznego Pana/Pani, domowników i gości)
jeśli uwielbia ładować się na Twoje łóżko (obojętnie z kim śpisz) i udaje, że śpi bardzo głębokim snem i nie da się go ruszyć (ogon w stanie uśpienia),
jeśli nigdy mu nie za mało rąk do głaskania i z radością wystawia wszystkie cztery łapy do góry o każdej porze dnia i nocy (ogon w radosnym ruchu, bądź rozkosznym wyprężeniu),
jeśli w Twoim mieszkaniu, na ubraniach, ręcznikach i czym się da, jest pełno sierści (ogon w lekkim zmieszaniu: "to chyba nie ja");
jeśli Twój pies włazi we wszystko, co jest mokre (ogon też macza),
a zwłaszcza uwielbia głęboką wodę i ratowanie Pani, szczególnie jeśli ta umie pływać,
jeśli uwielbia ganiać za patykami i piszczącymi piłeczkami w chwili przerwy w polowaniu na cokolwiek jadalnego (i niejadalnego),
jeśli 100 metrów przed gabinetem weterynarza zaczyna ostentacyjnie kuleć, dając do zrozumienia, że jest ciężko poszkodowany i nie może iść dalej,
jeśli wykazuje się wielką asertywnością w kontaktach z Panią (udaje, że nie słyszy, ogon powiewa jak sztandar),
jeśli zamyśla się w najdziwniejszych momentach życia(np. kiedy trzeba zostawić te glony, plażę i iść do domu),
jeśli jego mottem życiowym jest rzymskie panem et circensēs,
to znaczy, że masz w domu typowego labradora...
a właściwie labradorkę.
Do którego to wniosku doszłyśmy ostatnio z żabią przyjaciółką, szczęśliwą właścicielką niejakiej Grani.

Mało dają, u licha!. Fot. Archiwum żabie

Grania plażowa. Fot. Archiwum żabie
jeśli potrafi zjeść na raz całą tabliczkę czekolady łącznie z opakowaniem i nic mu nie jest (ogon w ruchu),
jeśli wszystkie jadalne (i niejadalne) produkty trzeba głęboko schować, gdy przypadkiem opuścisz mieszkanie na 5 minut (ogon rzecz jasna...),
jeśli jest gościnny, towarzyski i
jeśli już na schodach rzuca się na Ciebie i twoich gości całym 33 kilogramowym ciężarem, radośnie wywijając młynka ogonem,
jeśli każdemu nowoprzybyłemu musi przynieść w zębach kapcie, zwłaszcza jeśli są nimi nowiutkie, eleganckie pantofle Pani za 350 PLN (ogon wariuje),
jeśli patrzy na Ciebie lub Twoich gości w trakcie śniadania/obiadu/powieczorku/kolacji wyjątkowo nawet jak na psa żałosnym spojrzeniem BARDZO GŁODNEGO I ZABIEDZONEGO SZKIELETU tak, że każdy kęs rośnie wam w ustach (ogon nieruchomieje),
jeśli wyczuwa Twoje i bliskich nastroje (ruchliwość ogona wprost proporcjonalna do stanu psychicznego Pana/Pani, domowników i gości)
jeśli uwielbia ładować się na Twoje łóżko (obojętnie z kim śpisz) i udaje, że śpi bardzo głębokim snem i nie da się go ruszyć (ogon w stanie uśpienia),
jeśli nigdy mu nie za mało rąk do głaskania i z radością wystawia wszystkie cztery łapy do góry o każdej porze dnia i nocy (ogon w radosnym ruchu, bądź rozkosznym wyprężeniu),
jeśli w Twoim mieszkaniu, na ubraniach, ręcznikach i czym się da, jest pełno sierści (ogon w lekkim zmieszaniu: "to chyba nie ja");
jeśli Twój pies włazi we wszystko, co jest mokre (ogon też macza),
a zwłaszcza uwielbia głęboką wodę i ratowanie Pani, szczególnie jeśli ta umie pływać,
jeśli uwielbia ganiać za patykami i piszczącymi piłeczkami w chwili przerwy w polowaniu na cokolwiek jadalnego (i niejadalnego),
jeśli 100 metrów przed gabinetem weterynarza zaczyna ostentacyjnie kuleć, dając do zrozumienia, że jest ciężko poszkodowany i nie może iść dalej,
jeśli wykazuje się wielką asertywnością w kontaktach z Panią (udaje, że nie słyszy, ogon powiewa jak sztandar),
jeśli zamyśla się w najdziwniejszych momentach życia(np. kiedy trzeba zostawić te glony, plażę i iść do domu),
jeśli jego mottem życiowym jest rzymskie panem et circensēs,
to znaczy, że masz w domu typowego labradora...
a właściwie labradorkę.
Do którego to wniosku doszłyśmy ostatnio z żabią przyjaciółką, szczęśliwą właścicielką niejakiej Grani.
Mało dają, u licha!. Fot. Archiwum żabie
Grania plażowa. Fot. Archiwum żabie
niedziela, 15 listopada 2009
piątek, 13 listopada 2009
żabie łapanie
Czas
Niebo nad Żabim Stawem białawe, a żaba skacze leniwie, w tempie 1 żabiego skoku na minutę.Wystarczająco, żeby nie spalić garnka, ale niewystarczająco, żeby uratować jajka na twardo przed przypaleniem skorupki. W związku z czym, może stwierdzić, iż pewne zasady pozostają niezmienne, mimo dużego tempa biegnięcia świata dookoła żab. Czas upływający między wsadzeniem czegoś (lub kogoś...) do garnka, a ugotowaniem (usmażeniem, uduszeniem, etc.) tegoż (lub kogoś), rośnie wprost proporcjonalnie do czasu jaki się spędza w kuchni. A zatem - im dłużej nad czymś stoisz, tym wolniej się to gotuje. Kiedy spróbujesz wyjść, choćby na moment, ryzyko przypalenia tego czegoś wzrasta o odpowiednią ilość procent. Szczególnie dotyczy to jajek, wody i mleka...
Coś do kumania
Żaba była wczoraj w "Empiku" i wykumała w nowościach Wrońca Dukaja. Jeszcze nie zakumkany (pośpiech, brak kasy, etc.), ale jak znam teksty Dukaja, będzie warte zakumkania.
A na pewno polecam:
http://wyborcza.pl/1,76842,7224800,Stan_wojenny_trzeba_zrobic.html
A na pewno polecam:
http://wyborcza.pl/1,76842,7224800,Stan_wojenny_trzeba_zrobic.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)
żabi blok
Jako że jest to żabi blok (żabie rysunki będą, będą), witam potencjalnych czytelników stosownym i staroświeckim (jak na żabkę) : kum! kum! kum!

