Macie mało czasu, a za godzinę, dwie, oczekujecie niespodziewanie wizyty gości?
Dwa jajka, pół szklanki cukru, szklanka mąki, pół kostki masła, jedna płaska łyżeczka proszku do pieczenia, owoce (każde, sezonowe, mogą być wiśnie, truskawki, jagody, rabarbar, co kto ma i woli, także mrożone zimą, a na przednówku można ciasto wyłożyć namoczonymi suszonymi śliwkami). To proporcje na dużą tortownicę, jeśli ktoś piecze na dużej prostokątnej blasze, to proporcje podwajamy.
Ubijamy pianę z białek, dodajemy cukier i na koniec żółtka. Masę mieszamy z mąką i proszkiem do pieczenia, na końcu wlewamy ciepłe, rozpuszczone masło. Wylewamy ciasto na tortownicę i kładziemy na wierzch dość grubą warstwę owoców. Można zostawić trochę ciasta i polać nim owoce, można zrobić kruszonkę albo pianę z dwóch białek ubitą z połową szklanki cukru. Piec w średnio gorącym piekarniku aż do zrumienienia (ok. 50 minut).
I już można spokojnie witać gości.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żabia Qchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żabia Qchnia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
sobota, 14 stycznia 2012

Wreszcie zima. Za oknami śnieg i nawet blokowisko może się wydać ponętne w bieli, zakrywającej przyszarzałą ziemię. Ale czasem, w takie zimowe dni marzy się o lecie i dalekim południu. Najlepiej zrobić wtedy chlebek bananowy. Trzyma się długo, a smakuje...jak chlebek bananowy.
Dwie szklanki mąki, jedna szklanka cukru (może być brązowy), cztery całe jajka, jedna torebka cukru waniliowego, jedna i pół łyżki masła, cztery mocno dojrzałe banany, ½ szklanki kwaśnej śmietany, dwie pełne łyżeczki sody oczyszczonej. Jajka (całe) miksujemy z cukrem i dodajemy kolejno: mąkę, sodę oraz lekko rozpuszczone masło. W osobnym garnku rozgniatamy banany i miksujemy. Dodajemy do ciasta, mieszamy i dość długo wyrabiamy. Keksówkę wykładamy papierem do pieczenia, wlewamy ciasto i pieczemy około godziny.
Najlepiej smakuje z gorącym mlekiem, albo z rozgrzewającą herbatą z imbirem, sokiem malinowym i plasterkiem pomarańczy.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Coś szybkiego i bałkańskiego
Muszę, po prostu muszę. Taki imperatyw. A nazwę bloga zmienię chyba w końcu na "żabie pieczenie"...
Ze "Sladów Orfeusza" . Ostatnio żabim hobby stało się kolekcjonowanie książek na poły kucharskich z myslą, że dobrze, iż pojawiła się taka moda - pisanie o kulturze i zwyczajach różnych krajów z dodatkiem przepisów kulinarnych.
Jeszcze nie robiłam, ale mam naprawdę wielką chęć zrobić.
Pitki
2 i 1/2 szklanki mąki
szklanka jogurtu naturalnego (pewnie użyję jogurtu bałańskiego)
szklanka pokruszonego sera białego
jajko
łyżka soli
łyżeczka sody oczyszczonej
Sodę wsypać do jogurtu, dodać pozostałe składniki. Wyrobić. Ciasto ma być rzadkie, odrobinę klejące się do rąk. Utoczyć bułeczki (ręce posmarować olejem lub posypać mąką). Ułożyc bułeczki na blasze, a w srodku każdej umiescić kawałek masła. Piec 45 minut w nagrzanym piekarniku. Podawać na gorąco lub na zimno.
Podaję za : Ałbena Grabowska-Grzyb, Tam, gdzie urodził się Orfeusz, s. 323.
Ze "Sladów Orfeusza" . Ostatnio żabim hobby stało się kolekcjonowanie książek na poły kucharskich z myslą, że dobrze, iż pojawiła się taka moda - pisanie o kulturze i zwyczajach różnych krajów z dodatkiem przepisów kulinarnych.
Jeszcze nie robiłam, ale mam naprawdę wielką chęć zrobić.
Pitki
2 i 1/2 szklanki mąki
szklanka jogurtu naturalnego (pewnie użyję jogurtu bałańskiego)
szklanka pokruszonego sera białego
jajko
łyżka soli
łyżeczka sody oczyszczonej
Sodę wsypać do jogurtu, dodać pozostałe składniki. Wyrobić. Ciasto ma być rzadkie, odrobinę klejące się do rąk. Utoczyć bułeczki (ręce posmarować olejem lub posypać mąką). Ułożyc bułeczki na blasze, a w srodku każdej umiescić kawałek masła. Piec 45 minut w nagrzanym piekarniku. Podawać na gorąco lub na zimno.
Podaję za : Ałbena Grabowska-Grzyb, Tam, gdzie urodził się Orfeusz, s. 323.
wtorek, 8 marca 2011
Jabłkowo

Niby nie pora na telesfora..., znaczy jabłka, a w Żabiej Qchni wspominki.
Dla tych, co bez jabłek żyć nie umieją.
Kanadyjski placek z jabłkami
Trochę nietypowa szarlotka, bo bez cukru, za to z syropem klonowym (jak to kanadyjski placek...). Niestety, nie pamiętamy tytułu i autora dzieła, z którego powyższy przepis pochodzi, nie możemy zatem, ku żalowi Żabiej Qchni, podać źródła.
Potrzebne będzie, mili czytacze blogowi:
20 dag masła (dobrego, 82 procent)
około 10 dag syropu klonowego
1 laska wanilii lub skórka z połowy cytryny
szczypta soli
3 jajka
5 dag mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
15 dag płatków owsianych
ok. 70 dag jabłek (najlepiej szarych renet)
5 dag rodzynek
4 dag płatków migdałowych
15 dag miękkiego masła ucierać przez pół minuty mikserem, potem zacząć dodawać syrop klonowy (cały czas ubijając, rzecz jasna). Dodać wyskrobany miąższ z laski wanilii bądź skórkę z cytryny (Żabia Qchnia poleca to pierwsze). Ubijać, aż masa będzie gładka (zmieszane z syropem masło ma specyficzną syropową barwę:)). Wbijać po kolei jajka i dalej ubijać. Tak, tak, dobrze czytacie - aż masa będzie gładka...
W salaterce wymieszać mąkę (przypominamy o przesiewaniu) z proszkiem do pieczenia i płatkami owsianymi. Dodawać po trochu do masy maślano-syropowo-jajecznej, nadal ubijając. Do posmarowanej masłem i posypanej mąką tortownicy włożyć 2/3 porcji ciasta. Na wierzch położyć obrane ze skórki, utarte lub pokrojone na małe kawałki (na bazie ćwiartek) oraz wymieszane ze sparzonymi rodzynkami renety, na nie zaś resztę ciasta (kłaść jak kruszonkę, porcyjkami). Na to resztę pokrojonego masła i płatki migdałowe.
Piec placek około godziny w piekarniku nagrzanym do temp. 160 stopni.
Można podawać na ciepło z bitą śmietaną (i resztą syropu) lub na zimno.
Pilnować reszty rodziny, żeby nie wlazła do piekarnika, zwabiona zapachem (ciepły syrop klonowy pięknie pachnie)
Bułeczkowo

Żabia Qchnia ma zaszczyt przedstawić (z niezapisanego, niestety, dzieła i niewiadomego autora):
Bułeczki serowo-jogurtowe
Wprawdzie za pasem Środa Popielcowa i post (Qchnia postara się zamieścić jakieś śledzie tudzież inne ryby, a bliżej Wielkanocy bardziej wielkanocne ozdoby stołów i radości dla podniebienia), niemniej jako danie bezmięsne i dobrze smakujące z masłem, żółtym serem oraz wszelakim warzywem może któremuś z czytelników przypadnie do gustu.
Bierzemy: cztery deko drożdży, pół kilo pełnoziarnistej mąki (może być sama pszenna lub żytnia z lekkim dodatkiem pszennej, jeśli ktoś woli wyrazistszy smak - sama mąka pszenna daje delikatniejszy), czterdzieści dag białego sera, jedną łyżeczkę soli, jedno żółtko, trzy łyżki jogurtu.
Drożdże pokruszyć do kubka lub jakiegokolwiek naczynia, dodać trzy łyżki ciepłej wody i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (posiadaczom małych mieszkań i kuchenek gazowych proponuję ustawić naczynko przy zapalonym gazie, na płycie kuchennej). Do salaterki lub garnka przesiać mąkę (odłożyć dwie łyżki), dodać pokruszony ser (pamiętać o jednakowej, tj. pokojowej, temperaturze wszystkich składników), sól i wlać 150 ml ciepłej wody. Dodać wyrośnięte drożdże i powoli miksować mikserem najpierw na małych, a potem coraz wyższych obrotach. Kiedy ciasto będzie wyrobione, posypać wierzch odłożoną wcześniej mąką, przykryć serwetką i odstawić do wyrośnięcia (patrz: drożdże). Kiedy podwoi objętość(ciasto, nie serwetka...) - w przypadku ustawienia przy zapalonym palniku nie trwa to długo - zagnieść na posypanej mąką stolnicy i uformować dwanaście kulek (wbrew pozorom nie jest to takie łatwe - ideałem byłoby utoczenie kulek, które nie będą się rozłazić podczas pieczenia- Żabiej Qchni daleko jeszcze do takiego ideału...). Ułożyć na posmarowanej masłem i posypanej mąką blasze. Żółtko wymieszać z jogurtem i posmarować bułeczki. Odstawić do wyrośnięcia na 15 minut w ciepłe miejsce (proponujemy piekarnik). Nastawić temperaturę na 200 stopni i piec bułeczki ok. 20 min, aż do zrumienienia.
Smacznego.
Plum!
Można jeść z awanturką, pastą z makreli, pastą jajeczną, wszelkiego rodzaju rybami i pastami i wszystkim, z czym je się bułeczki.
niedziela, 5 grudnia 2010
Kakaowo

Za oknami prószy śnieg, a Święta już niedaleko. Na zmęczenie niedzielno-zimowe, potygodniowe, najlepiej coś czekoladowego, a właściwie kakaowego. Malutkie talarki z 25 dag mąki, 5 dag kakao, tyluż mielonych orzechów laskowych, łyżeczki proszku do pieczenia, 20 dag masła, 15 dag brązowego cukru, torebki cukru waniliowego i 3 jajek. Z polewą z trzech łyżek mleka, cukru w takiejż ilości, jak i masła oraz 2 łyżek ciemnego kakao i łyżki rumu – jeśli ktoś chce lekko rozgrzać się kakaowo.
Kupiłam niewielki przetaczek do mąki z miarką – bardzo dobrze przesiewa. Orzechy laskowe mielę zazwyczaj w młynku do kawy, tyle, ze trzeba mielić długo i starannie. Mąkę, orzechy i proszek mieszamy razem – mąką przybiera piękną, jasnoczekoladową barwę. Masło z cukrem i cukrem waniliowym ucieramy, aż powstanie kremowa masa; dodajemy stopniowo jajka, a potem mąkę wymieszaną z kakao i orzechami. Ciasto wyrabia się szybko – ma piękną ciemną barwę i kakaowy intensywny zapach. Ciekawe jak pachną ziarna kakaowca? Samo drzewo wygląda ponoć rajsko – ciemnozielonolistne, o migdałokształtnych owocach wielkości ogórka, w odcieniach zieleni, czerwieni, żółci, brązu...
Piekarnik dobrze nagrzać wcześniej, do temperatury 180 stopni. Z wyrobionego ciasta urywać i formować kulki wielkości orzecha włoskiego, po czym lekko rozpłaszczone układać na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce. Piec około 15 minut, ale czas jest umowny – ważne, żeby ciasteczka były brązowe.
Kiedy ostygną, można je zanurzać do połowy w polewie. Masło, Kakao, mleko, cukier i rum rozpuścić w rondelku i lekko podgrzewać, nie gotując, aż masa zgęstnieje. Wtedy obtaczać talarki. Można jednak i nie oblewać – to już kwestia smaku, ochoty i gustu. Same też są pyszne.
I może jednak powiedzcie delikatnie /kotu/psu/dzieciom/mężowi (niepotrzebne skreślić), że do kuchni wchodzi się po pieczeniu, a nie przed...
Po pieczeniu.
sobota, 4 grudnia 2010
Muzyczno-kulinarnie
Bliskie mi rozważania Philippe Baussanta z „Barokowej melokuchni” , co "nie tuczy”, spowodowały szybki skok w kierunku lodówki i zlustrowanie jej. Zawartości. Serek wędzony i białe wino? Są.
Rzecz w słowach, myśli przewodniej dzieła i metaforach. Słowo, to zwodnicze narzędzie wszelkiej wypowiedzi, każdej opowieści, jest mniej uchwytne niż ołówek, czy pędzel.
Jedynym, co możemy zrobić, aby złapać rzeczywistość, doznanie, uchwycić coś, co niepochwycalne, to zmetaforyzować, nadać słowu , bądź kilku słowom, znaczenie głębsze niż to, doświadczalne. Zdaniem niektórych, dawniej większość słów, o ile nie wszystkie, miały to niepochwytne, metaforyczne znaczenie - przechodzenie od konkretu, doświadczanego do metafizycznego, pojmowanego, ale nieopowiedzianego, potem dopiero rozmieniliśmy mówienie na ścisłe, dokładne wyjaśnianie i kategoryzowanie. Pokroiliśmy świat na działki, szufladki, opisując choćby miłość jako proces chemiczny, bądź jednostkę chorobową, zamiast płomienia, czy strzały boskiego psotnika, synka Afrodyty czy Wenus, Anadyoménē, tej kapryśnej bogini, wyłaniającej się z piany morskiej, na muszli jak w wizji florenckiego mistrza.
A jak za pomocą metafory opisać muzykę? Używając wszystkich pięciu zmysłów, smaku, dotyku, słuchu, węchu, wzroku? Mamy barwę dźwięków muzyki, gęstość, smak?
Odkąd sama zaczęłam dostrzegać, że muzyka to nie jedna fala, ale zbiór, cały wodospad różnorakich dźwięków, składających się na jedną ciągłą smugę, sama mam wrażenie smaku – innymi słowy, podobnie jak przy czytaniu „Klubu Pickwicka” zaczynam być głodna.
A oto zdanie, z którego Beaussant jest sam dumny, barokowe i metaforyczne, jak przystało na frazę o XVIII wiecznych organach: „Szczególny smak wielkich organów francuskich XVIII wieku polega na miękkości burdonów, na smaku świeżych owoców fletów, na mocy taniny rejestrów krummhornów i kwaśności mikstur” – w oryginale brzmi to zapewne lepiej. Przy okazji ciekawie grają ze sobą niemiecka i włoska terminologia we francuskim tekście – ale wszak muzyka organowa nie była wynalazkiem i chlubą akurat Francuzów...
Smaki i dźwięki odwołują się do siebie nawzajem – i autor wziął na siebie, jak sam zauważył rolę impresaria sztuki poufnej , prywatnego życia kolegów po fachu, która to sztuka jest nader ceniona we Francji. A zatem, co jadają muzycy?
Jako przedstawicielka płazowatych, nie mogę się powstrzymać, przed przytoczeniem przepisu na:
"Szatańskie żabie udka
Weź dwa kilo udek na 4 osoby. Jeśli są mocno zamrożone, pozwól, by się całkowicie rozmroziły. Zamarynuj je na całą noc w wielkim naczyniu wypełnionym piwem Duvel (bardzo wonne belgijskie piwo, duvel po flamandzku znaczy diabeł). Na drugi dzień osącz je. Obtocz w mące i wrzuć na gorącą patelnię z kawałkiem masła i odrobiną oleju kukurydzianego. Podrumień mocno w ciągu dwóch minut, potem dopraw pieprzem, solą, oregano, szczypiorkiem i tymiankiem. Gotuj jeszcze na średnim/słabym ogniu przez około 25 minut pod przykryciem, dodając od czasu do czasu strumyczek oleju, jeśli trzeba. Mąka powinna się lekko ozłocić, reszta – pozostać soczysta.
Podawaj ciepłe na przystawkę."
Osobiście proponowałabym pół kilo na miłą kolację we dwoje, przy preludiach i fugach barokowych. Jeszcze nie próbowałam, ale jakoś mi to sympatycznie brzmi, a kiedy wypróbuję, nie omieszkam przekazać wrażeń. Tylko jakie wino do żabich udek?
Rzecz w słowach, myśli przewodniej dzieła i metaforach. Słowo, to zwodnicze narzędzie wszelkiej wypowiedzi, każdej opowieści, jest mniej uchwytne niż ołówek, czy pędzel.
Jedynym, co możemy zrobić, aby złapać rzeczywistość, doznanie, uchwycić coś, co niepochwycalne, to zmetaforyzować, nadać słowu , bądź kilku słowom, znaczenie głębsze niż to, doświadczalne. Zdaniem niektórych, dawniej większość słów, o ile nie wszystkie, miały to niepochwytne, metaforyczne znaczenie - przechodzenie od konkretu, doświadczanego do metafizycznego, pojmowanego, ale nieopowiedzianego, potem dopiero rozmieniliśmy mówienie na ścisłe, dokładne wyjaśnianie i kategoryzowanie. Pokroiliśmy świat na działki, szufladki, opisując choćby miłość jako proces chemiczny, bądź jednostkę chorobową, zamiast płomienia, czy strzały boskiego psotnika, synka Afrodyty czy Wenus, Anadyoménē, tej kapryśnej bogini, wyłaniającej się z piany morskiej, na muszli jak w wizji florenckiego mistrza.
A jak za pomocą metafory opisać muzykę? Używając wszystkich pięciu zmysłów, smaku, dotyku, słuchu, węchu, wzroku? Mamy barwę dźwięków muzyki, gęstość, smak?
Odkąd sama zaczęłam dostrzegać, że muzyka to nie jedna fala, ale zbiór, cały wodospad różnorakich dźwięków, składających się na jedną ciągłą smugę, sama mam wrażenie smaku – innymi słowy, podobnie jak przy czytaniu „Klubu Pickwicka” zaczynam być głodna.
A oto zdanie, z którego Beaussant jest sam dumny, barokowe i metaforyczne, jak przystało na frazę o XVIII wiecznych organach: „Szczególny smak wielkich organów francuskich XVIII wieku polega na miękkości burdonów, na smaku świeżych owoców fletów, na mocy taniny rejestrów krummhornów i kwaśności mikstur” – w oryginale brzmi to zapewne lepiej. Przy okazji ciekawie grają ze sobą niemiecka i włoska terminologia we francuskim tekście – ale wszak muzyka organowa nie była wynalazkiem i chlubą akurat Francuzów...
Smaki i dźwięki odwołują się do siebie nawzajem – i autor wziął na siebie, jak sam zauważył rolę impresaria sztuki poufnej , prywatnego życia kolegów po fachu, która to sztuka jest nader ceniona we Francji. A zatem, co jadają muzycy?
Jako przedstawicielka płazowatych, nie mogę się powstrzymać, przed przytoczeniem przepisu na:
"Szatańskie żabie udka
Weź dwa kilo udek na 4 osoby. Jeśli są mocno zamrożone, pozwól, by się całkowicie rozmroziły. Zamarynuj je na całą noc w wielkim naczyniu wypełnionym piwem Duvel (bardzo wonne belgijskie piwo, duvel po flamandzku znaczy diabeł). Na drugi dzień osącz je. Obtocz w mące i wrzuć na gorącą patelnię z kawałkiem masła i odrobiną oleju kukurydzianego. Podrumień mocno w ciągu dwóch minut, potem dopraw pieprzem, solą, oregano, szczypiorkiem i tymiankiem. Gotuj jeszcze na średnim/słabym ogniu przez około 25 minut pod przykryciem, dodając od czasu do czasu strumyczek oleju, jeśli trzeba. Mąka powinna się lekko ozłocić, reszta – pozostać soczysta.
Podawaj ciepłe na przystawkę."
Osobiście proponowałabym pół kilo na miłą kolację we dwoje, przy preludiach i fugach barokowych. Jeszcze nie próbowałam, ale jakoś mi to sympatycznie brzmi, a kiedy wypróbuję, nie omieszkam przekazać wrażeń. Tylko jakie wino do żabich udek?
wtorek, 14 września 2010
Dyniowo mi
Dynie, dynie, dynie. Z ciastem z dynią żaba zetknęła się po raz pierwszy w Dziecku Rosemary – jak zapewne pamiętacie Guy żałuje tam, ze nie kupił swojego absolutnie ulubionego ciasta dyniowego u „Horna i Hardarta”.
Ciasto dyniowe (nie od Horna i Hardarta, ale też dobre)
Robi się je bardzo podobnie jak ulubione żaby fińskie ciasto z rodzynkami, tylko zamiast kawy dodaje się dynię.
300 g mąki
200 g brązowego cukru
200 g dyni
100 g masła (82 %)
2 jajka
1 łyżeczka sody,
1 łyżeczka imbiru,
1 łyżeczka cynamonu,
trochę startej gałki muszkatołowej,
parę goździków,
jeśli ktoś lubi – można dodać rodzynki
Dynię pokroić lub zetrzeć na grubej tarce, dodać goździki, gałkę, imbir, cynamon, ew. rodzynki i poddusić aż będzie zupełnie miękka, odstawić, wystudzić. Jajka ubić z cukrem na pianę, masło stopić, wymieszać wszystko z dynią (przestudzoną).Dodać mąkę, starannie wyrobić. Dodać sodę. Blaszkę wysmarować masłem (lub margaryną) posypać bułką tartą. Wlać ciasto i piec około 40 minut w 180 stopniach.
Można też bardziej wykwintnie przyrządzić dynię z nadzieniem:
2 łyżki oliwy
225 g cebuli, posiekanej w plasterki
250 g twardych jabłek, obranych i pokrojonych w plastry,
Po ½ płaskiej łyżeczce mielonego imbiru i kminku,
¼ płaskiej łyżeczki soli,
Świeżo zmielony czarny pieprz,
225 g kasztanów mrożonych (lub świeżych, jeśli ktoś ma), obranych,
115 g suszonych śliwek, pokrojonych w ćwiartki,
115 g moreli, jak wyżej,
115 g mieszanki orzechowej (np. studencka:)), orzechy włoskie
30 g nasion słonecznika i dyni,
1 dynia, kilogramowa,
W dużym rondlu rozgrzać oliwę i smażyć cebulę, aż będzie miękka, dodać jabłko i smażyć dalej przez 2 minuty, potem wsypać imbir, kminek, sól, trochę pieprzu i wszystko dobrze wymieszać. Smażyć przez dwie minuty, potem dodać kasztany, śliwki, morele, orzechy i nasiona i znów dobrze wymieszać.
Rozgrzać piekarnik do temp. 190 stopni. Dynię przeciąć na pół wzdłuż osi, wybrać pestki, a połówki dyni ułożyć w brytfannie lub w innym naczyniu żarooodpornym, przeciętą stroną do góry. Wypełnić dynie masą z orzechów i owoców, a brytfankę (lub co tam macie)przykryć folią.
Piec przez 1,5 godziny, aż dynia będzie miękka, a nadzienie wilgotne i zrumienione. Możecie wnieść na stół gorące, możecie zaserwować na zimno z pomarańczami i sałatą.
Zróbcie, podajcie na deser po kolacji, ale przedtem zamknijcie starannie drzwi na cztery spusty i nie przyjmujcie żadnych „czekoladowych myszy” od nadzbyt troskliwych sąsiadek. Przecież deser już macie...
Ciasto dyniowe (nie od Horna i Hardarta, ale też dobre)
Robi się je bardzo podobnie jak ulubione żaby fińskie ciasto z rodzynkami, tylko zamiast kawy dodaje się dynię.
300 g mąki
200 g brązowego cukru
200 g dyni
100 g masła (82 %)
2 jajka
1 łyżeczka sody,
1 łyżeczka imbiru,
1 łyżeczka cynamonu,
trochę startej gałki muszkatołowej,
parę goździków,
jeśli ktoś lubi – można dodać rodzynki
Dynię pokroić lub zetrzeć na grubej tarce, dodać goździki, gałkę, imbir, cynamon, ew. rodzynki i poddusić aż będzie zupełnie miękka, odstawić, wystudzić. Jajka ubić z cukrem na pianę, masło stopić, wymieszać wszystko z dynią (przestudzoną).Dodać mąkę, starannie wyrobić. Dodać sodę. Blaszkę wysmarować masłem (lub margaryną) posypać bułką tartą. Wlać ciasto i piec około 40 minut w 180 stopniach.
Można też bardziej wykwintnie przyrządzić dynię z nadzieniem:
2 łyżki oliwy
225 g cebuli, posiekanej w plasterki
250 g twardych jabłek, obranych i pokrojonych w plastry,
Po ½ płaskiej łyżeczce mielonego imbiru i kminku,
¼ płaskiej łyżeczki soli,
Świeżo zmielony czarny pieprz,
225 g kasztanów mrożonych (lub świeżych, jeśli ktoś ma), obranych,
115 g suszonych śliwek, pokrojonych w ćwiartki,
115 g moreli, jak wyżej,
115 g mieszanki orzechowej (np. studencka:)), orzechy włoskie
30 g nasion słonecznika i dyni,
1 dynia, kilogramowa,
W dużym rondlu rozgrzać oliwę i smażyć cebulę, aż będzie miękka, dodać jabłko i smażyć dalej przez 2 minuty, potem wsypać imbir, kminek, sól, trochę pieprzu i wszystko dobrze wymieszać. Smażyć przez dwie minuty, potem dodać kasztany, śliwki, morele, orzechy i nasiona i znów dobrze wymieszać.
Rozgrzać piekarnik do temp. 190 stopni. Dynię przeciąć na pół wzdłuż osi, wybrać pestki, a połówki dyni ułożyć w brytfannie lub w innym naczyniu żarooodpornym, przeciętą stroną do góry. Wypełnić dynie masą z orzechów i owoców, a brytfankę (lub co tam macie)przykryć folią.
Piec przez 1,5 godziny, aż dynia będzie miękka, a nadzienie wilgotne i zrumienione. Możecie wnieść na stół gorące, możecie zaserwować na zimno z pomarańczami i sałatą.
Zróbcie, podajcie na deser po kolacji, ale przedtem zamknijcie starannie drzwi na cztery spusty i nie przyjmujcie żadnych „czekoladowych myszy” od nadzbyt troskliwych sąsiadek. Przecież deser już macie...
poniedziałek, 31 maja 2010
Kruszonka
Ciasto drożdżowe nie zawsze wychodzi. Generalnie, to podobnie jak sernik – jednemu się udaje, innemu nie. Do najbardziej spektakularnych żabich prób należało pieczenie ciasta w górach, w prawdziwym piecu, w duchówce, opalanym drewnem. Pięknie się wyrobiło, a jakże, wyrosło.
- Tato – wrzeszczałam przez komórkę na balkonie. – ile to się ma piec?
-45 minut!
Po 15 z wnętrza duchówki wydobywać się zaczęły kłęby czarnego dymu. Chyba coś poszło nie tak. I to nawet bardzo, bo piec był za gorący. Tak że pamiętajcie, jeśli zamierzacie przyrządzać ciasto w nieelektrycznym piekarniku, sprawdźcie najpierw jaką temperaturę ma piec. Bo inaczej smakołyk trafi na stół pięknie spalony z wierzchu, a półsurowy w środku.
Ale i tak najważniejsza jest kruszonka. Najlepiej duuużo!
ok. szklanki mąki
6 łyżek cukru
6 łyżek miękkiego masła (można sklarować i wlać ciepłe, acz nie gorące w mąkę z cukrem)
Wymieszać dokładnie dokładnie i rozkruszyć, a potem posypać ciasto.
A, prawda, ciasto.
Zasady:
Piekarnik nagrzać od razu po wejściu do kuchni.
W kuchni nie ma być:
a) przeciągów
b) kłótni (ani małżeńskich, ani partnerskich, ani przyjacielskich, ani żadnych)
c) hałasów, trzaskania drzwiami
d) do ciasta przykrytego ściereczką nie zagląda się co trzy minuty, bo się obrazi i siądzie!
Można czytać w przerwach. Szczególnie czekając na wyrośnięcie.
pół garnca (5 szklanek) mąki (temp. pokojowa)
jedna i pół kwaterki letniego mleka (15 łyżeczek lub 7,5 łyżek)
2 łyżki drożdży
7-8 jajek
szklanka cukru
szklanka masła
(wszystko w jednakowej, pokojowej temperaturze)
Drożdże namoczyć w 0, 5 kwaterki (5 łyżeczkach lub 2,5 łyżkach) mleka, rozczynić nimi i resztą mleka mąkę, odstawić ciasto, przykryte ściereczką, do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Musi podwoić objętość. Potem wlać 7-8 ubitych dobrze jaj, szklankę szklanki cukru, szklankę masła (roztopionego, ciepłego i ma się stapiać powoli, nie wrzeć), szczyptę soli (uważać, żeby nie celować w drożdże), wyrobić z resztą mąki aż zacznie odstawać od ręki. Odstawić pod przykryciem, do wyrośnięcia. Kiedy ponownie podwoi objętość, ułożyć w formie wysmarowanej grubo masłem lub margaryną. Odstawić w ciepłe miejsce, niech znów podrośnie, wyjąć, posmarować gęsto dobrze rozbitym jajkiem, posypać kruszonką i wstawić do rozgrzanego pieca na ok. pół godziny (najlepiej żeby na dole było cieplej niż na górze).
To był przepis stary (nieco zmodyfikowany, bo z połowy składników - normalnie trzeba wziąć garniec mąki, trzy kwaterki mleka...stara, poczciwa Ćwierciakiewiczówna) teraz nowszy:
10 dkg drożdży
3 łyżki letniego mleka
1 łyżka cukru
1 kg mąki
5 - 6 jajek
1 szklanka cukru
2/3 kostki masła
olejek waniliowy
szczypta soli
1/2 l mleka
Drożdże rozkruszamy z letnim mlekiem i łyżką cukru w garnuszku, odstawiamy aż lekko podrosną. Podgrzewamy pozostałe mleko i roztapiamy delikatnie masło – obie substancje mają być ciepłe, nie gorące. Mąkę przesiewamy do miski, kiedy zaczyn podrośnie wlewamy go do tejże, dodajemy roztopione masło, wbijamy jajka, dodajemy olejek waniliowy, cukier, odrobinkę soli, a na końcu połowę mleka. Wyrabiamy wszystko i kiedy powstanie jednolita masa, wlewamy resztę mleka. Wyrabiamy aż zacznie „odchodzić” od ręki. Odstawiamy, przykrywamy ściereczką i czekamy ok. godziny (czasem więcej) aż podwoi objętość. Potem dzielimy, rozwałkowywujemy i wkładamy do foremek. Foremki wstawiamy w ciepłe miejsce, żeby ciasto znów podwoiło objętość. Smarujemy rozkłóconym jajkiem, posypujemy kruszonką, wstawiamy do piecyka, pieczemy.
Najlepiej się takie ciasto je z masłem i popija kakao:
kubek mleka
2 lub 3 łyżki kakao
cukier (ile kto lubi)
Podgrzać mleko z cukrem, do ciepłego, ale nie wrzącego dodać kakao, zagotować, podawać. Jeśli ktoś lubi urozmaicenia i zapchanie się, może podać kakao z pianką (ubijamy białko lub białka z cukrem - może być trzcinowy i dajemy na wierzch kakao), można obok cukru dodać laskę wanilii (albo cukier waniliowy), lub połączyć kakao z koglem –moglem lub startą i rozpuszczoną w mleku czekoladą....
Ponoć chili też można dodać.
Ale do zwykłego placka, jednak najbardziej smakuje zwykłe kakao.
- Tato – wrzeszczałam przez komórkę na balkonie. – ile to się ma piec?
-45 minut!
Po 15 z wnętrza duchówki wydobywać się zaczęły kłęby czarnego dymu. Chyba coś poszło nie tak. I to nawet bardzo, bo piec był za gorący. Tak że pamiętajcie, jeśli zamierzacie przyrządzać ciasto w nieelektrycznym piekarniku, sprawdźcie najpierw jaką temperaturę ma piec. Bo inaczej smakołyk trafi na stół pięknie spalony z wierzchu, a półsurowy w środku.
Ale i tak najważniejsza jest kruszonka. Najlepiej duuużo!
ok. szklanki mąki
6 łyżek cukru
6 łyżek miękkiego masła (można sklarować i wlać ciepłe, acz nie gorące w mąkę z cukrem)
Wymieszać dokładnie dokładnie i rozkruszyć, a potem posypać ciasto.
A, prawda, ciasto.
Zasady:
Piekarnik nagrzać od razu po wejściu do kuchni.
W kuchni nie ma być:
a) przeciągów
b) kłótni (ani małżeńskich, ani partnerskich, ani przyjacielskich, ani żadnych)
c) hałasów, trzaskania drzwiami
d) do ciasta przykrytego ściereczką nie zagląda się co trzy minuty, bo się obrazi i siądzie!
Można czytać w przerwach. Szczególnie czekając na wyrośnięcie.
pół garnca (5 szklanek) mąki (temp. pokojowa)
jedna i pół kwaterki letniego mleka (15 łyżeczek lub 7,5 łyżek)
2 łyżki drożdży
7-8 jajek
szklanka cukru
szklanka masła
(wszystko w jednakowej, pokojowej temperaturze)
Drożdże namoczyć w 0, 5 kwaterki (5 łyżeczkach lub 2,5 łyżkach) mleka, rozczynić nimi i resztą mleka mąkę, odstawić ciasto, przykryte ściereczką, do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Musi podwoić objętość. Potem wlać 7-8 ubitych dobrze jaj, szklankę szklanki cukru, szklankę masła (roztopionego, ciepłego i ma się stapiać powoli, nie wrzeć), szczyptę soli (uważać, żeby nie celować w drożdże), wyrobić z resztą mąki aż zacznie odstawać od ręki. Odstawić pod przykryciem, do wyrośnięcia. Kiedy ponownie podwoi objętość, ułożyć w formie wysmarowanej grubo masłem lub margaryną. Odstawić w ciepłe miejsce, niech znów podrośnie, wyjąć, posmarować gęsto dobrze rozbitym jajkiem, posypać kruszonką i wstawić do rozgrzanego pieca na ok. pół godziny (najlepiej żeby na dole było cieplej niż na górze).
To był przepis stary (nieco zmodyfikowany, bo z połowy składników - normalnie trzeba wziąć garniec mąki, trzy kwaterki mleka...stara, poczciwa Ćwierciakiewiczówna) teraz nowszy:
10 dkg drożdży
3 łyżki letniego mleka
1 łyżka cukru
1 kg mąki
5 - 6 jajek
1 szklanka cukru
2/3 kostki masła
olejek waniliowy
szczypta soli
1/2 l mleka
Drożdże rozkruszamy z letnim mlekiem i łyżką cukru w garnuszku, odstawiamy aż lekko podrosną. Podgrzewamy pozostałe mleko i roztapiamy delikatnie masło – obie substancje mają być ciepłe, nie gorące. Mąkę przesiewamy do miski, kiedy zaczyn podrośnie wlewamy go do tejże, dodajemy roztopione masło, wbijamy jajka, dodajemy olejek waniliowy, cukier, odrobinkę soli, a na końcu połowę mleka. Wyrabiamy wszystko i kiedy powstanie jednolita masa, wlewamy resztę mleka. Wyrabiamy aż zacznie „odchodzić” od ręki. Odstawiamy, przykrywamy ściereczką i czekamy ok. godziny (czasem więcej) aż podwoi objętość. Potem dzielimy, rozwałkowywujemy i wkładamy do foremek. Foremki wstawiamy w ciepłe miejsce, żeby ciasto znów podwoiło objętość. Smarujemy rozkłóconym jajkiem, posypujemy kruszonką, wstawiamy do piecyka, pieczemy.
Najlepiej się takie ciasto je z masłem i popija kakao:
kubek mleka
2 lub 3 łyżki kakao
cukier (ile kto lubi)
Podgrzać mleko z cukrem, do ciepłego, ale nie wrzącego dodać kakao, zagotować, podawać. Jeśli ktoś lubi urozmaicenia i zapchanie się, może podać kakao z pianką (ubijamy białko lub białka z cukrem - może być trzcinowy i dajemy na wierzch kakao), można obok cukru dodać laskę wanilii (albo cukier waniliowy), lub połączyć kakao z koglem –moglem lub startą i rozpuszczoną w mleku czekoladą....
Ponoć chili też można dodać.
Ale do zwykłego placka, jednak najbardziej smakuje zwykłe kakao.
niedziela, 14 lutego 2010
Oponki
Taki temat w Walentynki, które żaba lubi, choć się co poniektórzy zżymają, że kiczowate, etc. no i co. Odrobina kiczu w życiu nie zaszkodzi. A przynajmniej jest pretekst, żeby tym, których się lubi , podesłać coś miłego. Serduszka np. Albo zrobić rodzinie karnawałowe oponki, które pozostają kruchutkie i smaczne wewnątrz jeszcze na drugi, a nawet trzeci dzień. Mężczyźnie życia można je podać oblane czekoladowym, albo czerwonym lukrem lub zamiast w kształtach banalnych kółek, wyciąć w formę serduszek. A co!
Włożyć fartuszek (w serduszka lub czerwony). Przygotować:
30 dkg sera
½ kg mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szklanka cukru
cukier waniliowy
5 łyżek masła (82%)
2 jajka
jeśli ktoś woli ‘ostrzejsze’ oponki, może dodać
dwa (lub trzy) kieliszki spirytusu
1 kg smalcu (lub Planty, lżejsza) do smażenia
Ser zmielić (można tez użyć gotowego mielonego twarogu)
Do przesianej maki dodać proszek, pokrojone masło, składniki posiekać, dodać cukier i cukier waniliowy, jaja, ser, (ew. także spirytus, dobrze go w ogóle trochę nawet dać), szybko wyrobić ciasto (żaba wyrabiała aż było takie porządne). Rozwałkować na O,5 cm. Wycinać szklanką kółka, a kieliszkiem wewnątrz mniejsze (Jeśli pani domu jest właścicielką foremek "serduszek" różnej wielkości, to jak najbardziej może ich użyć:)). Smażyć na złoty kolor.
A potem podać komuś miłemu, posypane cukrem pudrem lub oblane lukrem. Czerwonym.
Włożyć fartuszek (w serduszka lub czerwony). Przygotować:
30 dkg sera
½ kg mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szklanka cukru
cukier waniliowy
5 łyżek masła (82%)
2 jajka
jeśli ktoś woli ‘ostrzejsze’ oponki, może dodać
dwa (lub trzy) kieliszki spirytusu
1 kg smalcu (lub Planty, lżejsza) do smażenia
Ser zmielić (można tez użyć gotowego mielonego twarogu)
Do przesianej maki dodać proszek, pokrojone masło, składniki posiekać, dodać cukier i cukier waniliowy, jaja, ser, (ew. także spirytus, dobrze go w ogóle trochę nawet dać), szybko wyrobić ciasto (żaba wyrabiała aż było takie porządne). Rozwałkować na O,5 cm. Wycinać szklanką kółka, a kieliszkiem wewnątrz mniejsze (Jeśli pani domu jest właścicielką foremek "serduszek" różnej wielkości, to jak najbardziej może ich użyć:)). Smażyć na złoty kolor.
A potem podać komuś miłemu, posypane cukrem pudrem lub oblane lukrem. Czerwonym.
niedziela, 10 stycznia 2010
Klimaty
Lubię książki kucharskie.
Lubię też „Anię z Zielonego Wzgórza” – pamiętam ulubiony, stary egzemplarz z ilustracjami Bogdana Zieleńca, w płóciennej zielonej okładce.
Zebrawszy te fakty razem, Żabia Qchnia ma zaszczyt przedstawić wypróbowane i odpowiednie dla tych, których chwilowo mdli na widok zbytniej słodyczy:
szkockie ciasto maślane z „Kuchni z Zielonego Wzgórza” Elaine i Kelly Crawford.
„Szkockie ciasto maślane
1 szklanka masła
½ szklanki jasnobrązowego cukru, mocno ubitego w szklance
2 szklanki mąki
Szczypta soli
Starannie utrzyj masło. Pomału dodawaj do niego cukier, następnie powoli wymieszaj słodki tłuszcz z mąką i solą.
Przełóż ciasto na stolnicę i ugniataj, aż stanie się kruche. Następnie włóż masę do kwadratowej suchej blachy o boku 10 cali (25 cm). Roztrzep, nakłuj powierzchnię ciasta widelcem i piecz na małym ogniu (275 F – 135 C) około 25 minut.
Zalecamy użycie blachy o wymiarach 9x13 cali (23x33 cm), a także wydłużenie czasu pieczenia do 40-45 minut.”
W Żabiej Qchni z braku stolnicy wykorzystujemy cokolwiek drewnianego, ostatnio tackę. Mąka może być pszenna, może być chlebowa. Masło ma być porządne. Najlepiej świeże, wiejskie, ale że z tym różnie bywa może być i ze sklepu – byle dobre..
Lubię też „Anię z Zielonego Wzgórza” – pamiętam ulubiony, stary egzemplarz z ilustracjami Bogdana Zieleńca, w płóciennej zielonej okładce.
Zebrawszy te fakty razem, Żabia Qchnia ma zaszczyt przedstawić wypróbowane i odpowiednie dla tych, których chwilowo mdli na widok zbytniej słodyczy:
szkockie ciasto maślane z „Kuchni z Zielonego Wzgórza” Elaine i Kelly Crawford.
„Szkockie ciasto maślane
1 szklanka masła
½ szklanki jasnobrązowego cukru, mocno ubitego w szklance
2 szklanki mąki
Szczypta soli
Starannie utrzyj masło. Pomału dodawaj do niego cukier, następnie powoli wymieszaj słodki tłuszcz z mąką i solą.
Przełóż ciasto na stolnicę i ugniataj, aż stanie się kruche. Następnie włóż masę do kwadratowej suchej blachy o boku 10 cali (25 cm). Roztrzep, nakłuj powierzchnię ciasta widelcem i piecz na małym ogniu (275 F – 135 C) około 25 minut.
Zalecamy użycie blachy o wymiarach 9x13 cali (23x33 cm), a także wydłużenie czasu pieczenia do 40-45 minut.”
W Żabiej Qchni z braku stolnicy wykorzystujemy cokolwiek drewnianego, ostatnio tackę. Mąka może być pszenna, może być chlebowa. Masło ma być porządne. Najlepiej świeże, wiejskie, ale że z tym różnie bywa może być i ze sklepu – byle dobre..
wtorek, 5 stycznia 2010

Żaba w ramach odpoczynku i wytchnienia od mnóstwa ciężkich i lekkich spraw na liściu, wróciła ostatnio do „Hobbita” i do opisu domu Beorna jako też wszystkich miodowych smakowitości tam podawanych, a gdzieś z pamięci wypłynęły słowa Gimlego o miodowych plackach, specjalności rodu Beorna. Dlatego dziś, z nutką fantastyczną, Żabia Qchnia przedstawia:
Miodownik
Ciasto
1/2 kg maki
1/2 kostki masła
1 szklanka cukru
2 łyżki miodu (można 3, jeśli ktoś chce bardziej miodowo)
2 jajka
2 płaskie łyżeczki sody
Wyrobić ciasto, podzielić na dwie części i upiec dwa placki (ok. 15 min).
Polewa
30 dag pokrojonych orzechów
1/2 szkl. cukru
2 łyżki miodu
1/2 kostki masła
Wszystko zrumienić na ogniu i wyłożyć jeszcze gorące na jeden z upieczonych placków. Zapiec ok. 10 min.
Masa
1/2 l. mleka
1 szkl. cukru
4 łyżki grysiku
Ugotować, przestudzić, potem utrzeć z 1 kostką masła, dodać sok z cytryny.
Placek posmarować powidłami, masą grysikową a na wierzch położyć placek z orzechami. Najlepiej niech się „odleży” dzień, dwa, wtedy pokroić i zjeść. Jeśli ma się rodzinę to wskazane jest odkroić i schować kawałek miodownika dla ewentualnych gości, bo może się okazać, że ciasto zniknie trochę za szybko jak na gust gościnnej pani domu.
niedziela, 3 stycznia 2010
Ambasador

Święta, święta i po świętach. Z Żabiej Qchni – pracochłonne, ale rewelacyjne ciasto, w całości pożarte prawie w błysku przez żabiego męża, szwagra i tatę szwagra. Tudzież przelotnych żabich gości. Ciasto nazywa się Ambasador, co mi przypomina stary dowcip o rosyjskim, nie ambasadorze wprawdzie, tylko konsulu, ale zawsze:
Grupa rosyjskich turystów przyjeżdża do Anglii. Zakwaterowali się w hotelu, mają wychodzić, zwiedzić miasto. Przewodnik mocno zatroskany, uprzedza stanowczo: "Uważajcie, nie oddalajcie się od grupy. Tutaj wszędzie sutenerzy stoją. I pamiętajcie, natychmiast, jak się przypadkiem zgubicie, żądajcie rosyjskiego konsula!"
Mimo tych ostrzeżeń, jeden z Rosjan się zgubił. Kiedy stał pod pubem, rozglądając się nerwowo, podszedł do niego jakiś mężczyzna:
- Do you want a white woman?
- No, no! – rozkrzyczał się wystraszony Rosjanin.
- Do you want a black woman?
- No!
- Do you want a man?!
- NO!!! I WANT RUSSIAN CONSUL!
- Possible, but very expensive...
Ambasador
1/2 l mleka
1/2 kg masła
8 żółtek
6 dag mąki kartoflanej (lub budyń)
45 dag cukru
1 cytryna lub kwasek cytrynowy
2-3 pomarańcze, gruszki, brzoskwinie, ananasy lub inne owoce z kompotu (z puszki albo świeże też mogą być)
10 dag skórki pomarańczowej
10 dag orzechów, rodzynek, migdałów (lub olejek migdałowy)
1 czekolada gorzka
1 kieliszek spirytusu
5 dag kakao
wiśnie
Zagotować mleko z cukrem waniliowym, dodać 40 dag cukru.
Żółtka utrzeć z 5 dag cukru i z 2 łyżkami mąki kartoflanej. Wlać do gotującego się mleka i zagotować jak budyń. Odstawić, ostudzić (uważać na palce...). Masło utrzeć w makutrze na puch (można i mikserem, ale nie ta frajda...do makutry w przypadku braku dziewki kuchennej o odpowiedniej krzepie, najlepiej zatrudnić dostępnego faceta). Dodawać po łyżce zimnego kremu. Masę podzielić na dwie części. Do jednej dodać sok z cytryny oraz owoce i skórkę pomarańczową. Do drugiej kakao, pokrojoną na kawałeczki czekoladę, migdały, orzechy, rodzynki, spirytus, wiśnie i dobrze wymieszać. W średniej tortownicy ułożyć biszkopty, nasączyć je lekko spirytusem i na nie wyłożyć kolejno masy. Biszkopty można też włożyć do środka, bądź przełożyć nimi masy. Można ułożyć kilka warstw kremu naprzemiennie. (ha! Udało mi się użyć tego samego wyrazu w różnych odmianach pod rząd!) Wierzch posypać bakaliami i wylać nań galaretkę (ma jej być niezbyt duża warstwa, Żabie udało się skutecznie zagalaretczyć pół piwniczki mało zsiadłą polewą, wyprodukowaną w dużej ilości).
Smacznego w Nowym Roku, kum, kum!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
żabi blok
Jako że jest to żabi blok (żabie rysunki będą, będą), witam potencjalnych czytelników stosownym i staroświeckim (jak na żabkę) : kum! kum! kum!