Taki temat w Walentynki, które żaba lubi, choć się co poniektórzy zżymają, że kiczowate, etc. no i co. Odrobina kiczu w życiu nie zaszkodzi. A przynajmniej jest pretekst, żeby tym, których się lubi , podesłać coś miłego. Serduszka np. Albo zrobić rodzinie karnawałowe oponki, które pozostają kruchutkie i smaczne wewnątrz jeszcze na drugi, a nawet trzeci dzień. Mężczyźnie życia można je podać oblane czekoladowym, albo czerwonym lukrem lub zamiast w kształtach banalnych kółek, wyciąć w formę serduszek. A co!
Włożyć fartuszek (w serduszka lub czerwony). Przygotować:
30 dkg sera
½ kg mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szklanka cukru
cukier waniliowy
5 łyżek masła (82%)
2 jajka
jeśli ktoś woli ‘ostrzejsze’ oponki, może dodać
dwa (lub trzy) kieliszki spirytusu
1 kg smalcu (lub Planty, lżejsza) do smażenia
Ser zmielić (można tez użyć gotowego mielonego twarogu)
Do przesianej maki dodać proszek, pokrojone masło, składniki posiekać, dodać cukier i cukier waniliowy, jaja, ser, (ew. także spirytus, dobrze go w ogóle trochę nawet dać), szybko wyrobić ciasto (żaba wyrabiała aż było takie porządne). Rozwałkować na O,5 cm. Wycinać szklanką kółka, a kieliszkiem wewnątrz mniejsze (Jeśli pani domu jest właścicielką foremek "serduszek" różnej wielkości, to jak najbardziej może ich użyć:)). Smażyć na złoty kolor.
A potem podać komuś miłemu, posypane cukrem pudrem lub oblane lukrem. Czerwonym.
niedziela, 14 lutego 2010
niedziela, 7 lutego 2010
Tha ta púme síndoma!
Tha ta púme síndoma! Czyli po grecku; "Do zobaczenia wkrótce!"
Na dworze lekki mróz, zamarznięty, śliski śnieg, wiatr, a w Tavernie Patris, dla kontrastu, wystrój śródziemnomorski. Biało, niebiesko, jakby spłowiało od słońca, które świeci gdzie indziej. I tłumek ludzi. Śmieją się, gadają, jedzą, piją wino. Jakaś grupka przyjaciół nalewa sobie wino do kieliszków z bukłaczka. Zastanawiałam się czy wziąć kieliszek retsiny, ale jakoś nie miałam ochoty na alkohol. No to tylko herbata, w imbryczku, z cytryną, po mrozie na zewnątrz idealna.
Przy oknach była niestety rezerwacja. Trochę mi żal – miło byłoby usiąść na ławie i poduszkach, ale mały, jasny jak wszystkie inne, stoliczek blisko baru też ma swoje zalety.
Zwłaszcza jak podana nań zostaje zupa z soczewicy z makrelą, oliwkami i fetą, podanymi na białym wąskim talerzyku z trzema przegródkami, a wcześniej, w roli czekadełka marynowane warzywa w miseczce i ciepły, dobry chleb w koszyczku – aż przypomniała mi się tawerna w Grecji, gdzie w drodze do Delf można zjeść ośmiorniczki pieczone, z pysznym kukurydzianym chlebkiem. Oliwki duże, śliwkowej barwy. I znów wspomnienia – tym razem Turcji i oliwek czarnych i zielonych, świeżych, pestki wypluwane do torebki albo na rękę...
A w knajpce ruch. Ciągle ktoś nowy przychodził, jakoś się upychało gości trochę po kątach, dwa razy wtaszczono nowe stoliki, szklane i okrągłe, mam wrażenie, że letnie. „Jak pani się udaje czytać w tym hałasie?” – zdziwił się kelner, przebiegając obok mojego stolika. „- No, udaje się” – uśmiechnęłam się radośnie, bo mi się lekko jakoś na sercu zrobiło.Nie wiem, czy „Radio Yokohama” jest najlepszą lekturą do greckiej tawerny (bardziej by pasowała sushiarnia), ale złapałam w biegu. Poza tym książki Bruczkowskiego bardzo dobrze wpływają na mój żołądek – błyskawicznie robię się głodna. Gdyby nie to, że mnie w ostatnich dniach odrzuca od mięsa, spróbowałabym jagnięciny grillowanej albo polędwiczek ze słodką, domową musztardą z pigwy,jabłek, gruszek i musztardy Dijon. A tak, dogodziłam sobie warzywami nadziewanymi słodkim ryżem, kaszą, serem, kapustą nadziewaną, i ziemniakami pieczonymi; wszystko w sosie pomidorowym. I rewelacyjnym greckim jogurtem z miodem i orzechami na deser. Wprawdzie tego z Aten nie przebił, ale dlatego, że jadłam tutaj, w Polsce, a nie w Grecji. Biorę poprawkę na to, że tam, pod błękitnym, czystym niebem, w śródziemnomorskim słońcu, wszystko smakowało po prostu inaczej.Ale tu też dobre i w dodatku w cenie całkiem przyzwoitej ("Santorini" przy Egipskiej np. jest droższa). Kali oreksi, czyli po grecku - smacznego!
W takich miejscach najlepiej plotkować, śmiać się, bawić z dziećmi. Właścicielka (chyba?) w ciąży, miła, roześmiana, wszędzie jej pełno. Kelnerzy młodzi, sympatyczni. Jak to się dzieje, że spotykałam dotąd milszych kelnerów niż kelnerki? Większość albo ponure dziewczątka, albo zahukane, albo z fumami w noskach. Tylko jedno dziewczę wspominam mile – z „Zapiecka” na Świętojańskiej – wygadane, uśmiechnięte, pasujące urodą i stylem do charakteru knajpki.
Kiedy wychodziłam, przyszła mama i jeden z kelnerów (a może współwłaściciel?) stali przy barze, uśmiechnięci. Nie mogłam nie podejść i nie pochwalić i jedzenia i miejsca. Ucieszyli się chyba. „Do zobaczenia” – usłyszałam.
Rzeczywiście, „Do zobaczenia”. Proces oswajania tamtej okolicy się właśnie zaczął i został wpisany do realizacji. Zwłaszcza, że po drugiej stronie stoją domki willowe i małe kamieniczki prawie na wyciągnięcie ręki; wnętrze jednego z mieszkań było oświetlone i zajrzałam do środka. Kuchnia bardzo podobna do tej w wynajmowanym przez przyjaciółkę, kiedyś, dawno temu, mieszkaniu na Podchorążych - ile razy siedziałyśmy tam z nią, jej siostrą i małym wtedy psem. I gośćmi.
Droga powrotna miła, bo po szerszej ścieżce, nie wyrąbanej w miniaturowych zasepkach, choć też nieźle oblodzonej, od jezdni osłoniętej ekranem.
Tak, zdecydowanie tha ta púme síndoma!
Na dworze lekki mróz, zamarznięty, śliski śnieg, wiatr, a w Tavernie Patris, dla kontrastu, wystrój śródziemnomorski. Biało, niebiesko, jakby spłowiało od słońca, które świeci gdzie indziej. I tłumek ludzi. Śmieją się, gadają, jedzą, piją wino. Jakaś grupka przyjaciół nalewa sobie wino do kieliszków z bukłaczka. Zastanawiałam się czy wziąć kieliszek retsiny, ale jakoś nie miałam ochoty na alkohol. No to tylko herbata, w imbryczku, z cytryną, po mrozie na zewnątrz idealna.
Przy oknach była niestety rezerwacja. Trochę mi żal – miło byłoby usiąść na ławie i poduszkach, ale mały, jasny jak wszystkie inne, stoliczek blisko baru też ma swoje zalety.
Zwłaszcza jak podana nań zostaje zupa z soczewicy z makrelą, oliwkami i fetą, podanymi na białym wąskim talerzyku z trzema przegródkami, a wcześniej, w roli czekadełka marynowane warzywa w miseczce i ciepły, dobry chleb w koszyczku – aż przypomniała mi się tawerna w Grecji, gdzie w drodze do Delf można zjeść ośmiorniczki pieczone, z pysznym kukurydzianym chlebkiem. Oliwki duże, śliwkowej barwy. I znów wspomnienia – tym razem Turcji i oliwek czarnych i zielonych, świeżych, pestki wypluwane do torebki albo na rękę...
A w knajpce ruch. Ciągle ktoś nowy przychodził, jakoś się upychało gości trochę po kątach, dwa razy wtaszczono nowe stoliki, szklane i okrągłe, mam wrażenie, że letnie. „Jak pani się udaje czytać w tym hałasie?” – zdziwił się kelner, przebiegając obok mojego stolika. „- No, udaje się” – uśmiechnęłam się radośnie, bo mi się lekko jakoś na sercu zrobiło.Nie wiem, czy „Radio Yokohama” jest najlepszą lekturą do greckiej tawerny (bardziej by pasowała sushiarnia), ale złapałam w biegu. Poza tym książki Bruczkowskiego bardzo dobrze wpływają na mój żołądek – błyskawicznie robię się głodna. Gdyby nie to, że mnie w ostatnich dniach odrzuca od mięsa, spróbowałabym jagnięciny grillowanej albo polędwiczek ze słodką, domową musztardą z pigwy,jabłek, gruszek i musztardy Dijon. A tak, dogodziłam sobie warzywami nadziewanymi słodkim ryżem, kaszą, serem, kapustą nadziewaną, i ziemniakami pieczonymi; wszystko w sosie pomidorowym. I rewelacyjnym greckim jogurtem z miodem i orzechami na deser. Wprawdzie tego z Aten nie przebił, ale dlatego, że jadłam tutaj, w Polsce, a nie w Grecji. Biorę poprawkę na to, że tam, pod błękitnym, czystym niebem, w śródziemnomorskim słońcu, wszystko smakowało po prostu inaczej.Ale tu też dobre i w dodatku w cenie całkiem przyzwoitej ("Santorini" przy Egipskiej np. jest droższa). Kali oreksi, czyli po grecku - smacznego!
W takich miejscach najlepiej plotkować, śmiać się, bawić z dziećmi. Właścicielka (chyba?) w ciąży, miła, roześmiana, wszędzie jej pełno. Kelnerzy młodzi, sympatyczni. Jak to się dzieje, że spotykałam dotąd milszych kelnerów niż kelnerki? Większość albo ponure dziewczątka, albo zahukane, albo z fumami w noskach. Tylko jedno dziewczę wspominam mile – z „Zapiecka” na Świętojańskiej – wygadane, uśmiechnięte, pasujące urodą i stylem do charakteru knajpki.
Kiedy wychodziłam, przyszła mama i jeden z kelnerów (a może współwłaściciel?) stali przy barze, uśmiechnięci. Nie mogłam nie podejść i nie pochwalić i jedzenia i miejsca. Ucieszyli się chyba. „Do zobaczenia” – usłyszałam.
Rzeczywiście, „Do zobaczenia”. Proces oswajania tamtej okolicy się właśnie zaczął i został wpisany do realizacji. Zwłaszcza, że po drugiej stronie stoją domki willowe i małe kamieniczki prawie na wyciągnięcie ręki; wnętrze jednego z mieszkań było oświetlone i zajrzałam do środka. Kuchnia bardzo podobna do tej w wynajmowanym przez przyjaciółkę, kiedyś, dawno temu, mieszkaniu na Podchorążych - ile razy siedziałyśmy tam z nią, jej siostrą i małym wtedy psem. I gośćmi.
Droga powrotna miła, bo po szerszej ścieżce, nie wyrąbanej w miniaturowych zasepkach, choć też nieźle oblodzonej, od jezdni osłoniętej ekranem.
Tak, zdecydowanie tha ta púme síndoma!
piątek, 29 stycznia 2010
Dźwięki, szelesty, skrzypienia
Jak zdefiniować, czy nawet tylko nazwać zupełnie nowy dźwięk? Co zrobić, gdy pojawiły się odgłosy, których nie słyszało się nigdy dotąd i, jak mistykowi na opisanie innego wymiaru świata, brakuje słów na dokładne opisanie, co się właściwie usłyszało? Używamy więc analogii, porównujemy do czegoś, co kiedyś tam słyszane i co, jak powiedziano, dziecku, tak a tak się nazywa? W tej chwili jest to szelest i stukot. Ale co to jest szelest? Dźwięk jaki wydają zaschłe liście, kiedy brodzisz w nich jesienią? Dziwny poszum „szszszsz”. Zaskakujące to - usłyszeć, naprawdę, namacalnie usłyszeć, że polski jest mową szeleszczącą. Głoski „sz”, „ś”, „s”, „cz”, „ź”, „dź”wydają specyficzny dźwięk podobny do szelestu. W ogóle ich się przedtem nie słyszało, nie wyławiało z masy innych głosek, choć wiedziało, że są - ile to się namęczył logopeda tłumacząc, gdzie trzymać język i jak ustawiać zęby!
Inne głoski skrzypią lub lekko dudnią. Klawiatura komputera wydaje dziwny, skrzypliwy odgłos. Jest to raczej stukanie połączone z szelestem, mniej szelestliwym bardziej stukającym. Woda z kranu też wydaje inny dźwięk. Jakby do normalnego, słyszanego dotąd dołączyło się dodatkowe brzmienie. Śnieg chrzęszczy. Szszelest, chrzęst, chrzęstoszelest. Niby znane słowo: „chrzęszczy”, ale usłyszane, nabiera innego znaczenia, wymiaru, zwłaszcza gdy inaczej wyobrażaliśmy sobie sobie chrzęszczenie. Komputer pracujący szumi jak wiatr, ale inaczej. Szklanki hałasują bogaciej, ich stuk, tak samo jak garnków i sztućców jest bogatszy o zupełnie nowy, obcy ton. Pam, pam? Big? Nazywamy słowami,choćby "brzdęk", czasem onomatopejami, ale to tylko próba znalezienia odpowiednika na coś, co jest nowe, co wymyka się naszej percepcji. Tak to już kiedyś nazwano, zatem i my sami używamy tych nazw. A jeśli mielibyśmy wymyśleć nowe?
Muzyka w radiu nabiera jakby głębi, przedtem był to po prostu głos cichszy lub wyraźniejszy, czarno-biały, teraz zaczynasz dostrzegać pewne odcienie szarości. Zabawna jest ta technika – można znów poczuć się trochę jak dziecko, z tą różnicą, że dzieci nie znają słów i nie potrafią opisać tego, co pierwszy raz słyszą – natłoku dźwięków, z których każdy jest inny i pewnie ma, jak barwa, swój odcień.
Inne głoski skrzypią lub lekko dudnią. Klawiatura komputera wydaje dziwny, skrzypliwy odgłos. Jest to raczej stukanie połączone z szelestem, mniej szelestliwym bardziej stukającym. Woda z kranu też wydaje inny dźwięk. Jakby do normalnego, słyszanego dotąd dołączyło się dodatkowe brzmienie. Śnieg chrzęszczy. Szszelest, chrzęst, chrzęstoszelest. Niby znane słowo: „chrzęszczy”, ale usłyszane, nabiera innego znaczenia, wymiaru, zwłaszcza gdy inaczej wyobrażaliśmy sobie sobie chrzęszczenie. Komputer pracujący szumi jak wiatr, ale inaczej. Szklanki hałasują bogaciej, ich stuk, tak samo jak garnków i sztućców jest bogatszy o zupełnie nowy, obcy ton. Pam, pam? Big? Nazywamy słowami,choćby "brzdęk", czasem onomatopejami, ale to tylko próba znalezienia odpowiednika na coś, co jest nowe, co wymyka się naszej percepcji. Tak to już kiedyś nazwano, zatem i my sami używamy tych nazw. A jeśli mielibyśmy wymyśleć nowe?
Muzyka w radiu nabiera jakby głębi, przedtem był to po prostu głos cichszy lub wyraźniejszy, czarno-biały, teraz zaczynasz dostrzegać pewne odcienie szarości. Zabawna jest ta technika – można znów poczuć się trochę jak dziecko, z tą różnicą, że dzieci nie znają słów i nie potrafią opisać tego, co pierwszy raz słyszą – natłoku dźwięków, z których każdy jest inny i pewnie ma, jak barwa, swój odcień.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Skryty nałóg
Żaba z lekkim przerażeniem rozgląda się po swojej części pokoju. Zdaje się, że większość księgozbioru trzeba będzie ewakuować do kuchni, bo jej się książki nie mieszczą na półkach. Na nałóg nie ma sposobu...
Ostatnio nabyte:

czyli kompendium wiedzy o funkcjonowaniu współczesnego języka polskiego w przestrzeni społecznej na przełomie XX i XXI wieku - bardziej praktyczne niż teoretyczne (przez co książka jest mniej hermetyczna i bardziej przystępna dla "zwykłego" czytelnika). W założeniu miał to być podręcznik dla studentów kierunków humanistycznych. Poczytamy, żabio pooblizujemy się z pluśnięciem.

Czyli o Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy,historia, anegdoty, etc. Zapowiada się smaszno, żaba lubi takie rzeczy. W końcu sama pochodzi z rodziny rzemieślniczej.

Historia życia najsłynniejszego chyba detektywa Albionu. Zapowiada się zabawnie, a po obejrzeniu "Sherlocka Holmesa" Guya Ritchiego z Robertem Downeyem Jr. jako Holmesem ( w roli Watsona - Jude Law) żaba nabrała apetytu na przypomnienie sobie losów sympatycznego duetu (wyciągnęła już dodatkowo "Psa Baskerville'ów", "Zniknięcie młodego lorda" i "Tajemnicę złotego pince-nez"). Zwłaszcza że w filmie przesadzili nieco z Ireną Adler. Jeśli już filmowcom taką solą w oku jest obojętność Holmesa dla kobiet, to lepiej to (przynajmniej w żabim odczuciu) rozwiązano w "Piramidzie strachu" Barry'ego Levinsona.

Czyli rozważania, opisy i analiza wybranych motywów "Gwiezdnych Wojen". Chyba nie wszystkie mądre na pierwszy rzut oka, ale przynajmniej będzie się można pobawić.

Jak, gdzie i kiedy kręcono "Czterech pancernych". I psa. Jako dziecko żaba uwielbiała ten serial. I psa. Nawet swojemu dała z siostrą imię Szarik. Chyba w "Czterech pancernych" właśnie, po raz pierwszy usłyszała o Rustawelim i "Witeziu w tygrysiej skórze" (jak żaba pamięta Grigorij recytował Lidce fragment przemowy Awtandiła do Tinatiny).Książka się jej nie podobała, może dlatego, że była marna, a może dlatego, że gdy ją czytała, wiedziała już co nieco o historii Polski. Poza tym pewne rzeczy i przekłamania mniej raziły w filmie. I tak się to oglądało dla przygody, a nie prawdy historycznej. Oraz, oczywiście, dla Janka, jego poszukiwania ojca, Marusi, Lidki, Grigorija, Gustlika, Szarika, generalnie całej baśniowej załogi "Rudego".
Ostatnio nabyte:

czyli kompendium wiedzy o funkcjonowaniu współczesnego języka polskiego w przestrzeni społecznej na przełomie XX i XXI wieku - bardziej praktyczne niż teoretyczne (przez co książka jest mniej hermetyczna i bardziej przystępna dla "zwykłego" czytelnika). W założeniu miał to być podręcznik dla studentów kierunków humanistycznych. Poczytamy, żabio pooblizujemy się z pluśnięciem.

Czyli o Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy,historia, anegdoty, etc. Zapowiada się smaszno, żaba lubi takie rzeczy. W końcu sama pochodzi z rodziny rzemieślniczej.

Historia życia najsłynniejszego chyba detektywa Albionu. Zapowiada się zabawnie, a po obejrzeniu "Sherlocka Holmesa" Guya Ritchiego z Robertem Downeyem Jr. jako Holmesem ( w roli Watsona - Jude Law) żaba nabrała apetytu na przypomnienie sobie losów sympatycznego duetu (wyciągnęła już dodatkowo "Psa Baskerville'ów", "Zniknięcie młodego lorda" i "Tajemnicę złotego pince-nez"). Zwłaszcza że w filmie przesadzili nieco z Ireną Adler. Jeśli już filmowcom taką solą w oku jest obojętność Holmesa dla kobiet, to lepiej to (przynajmniej w żabim odczuciu) rozwiązano w "Piramidzie strachu" Barry'ego Levinsona.

Czyli rozważania, opisy i analiza wybranych motywów "Gwiezdnych Wojen". Chyba nie wszystkie mądre na pierwszy rzut oka, ale przynajmniej będzie się można pobawić.

Jak, gdzie i kiedy kręcono "Czterech pancernych". I psa. Jako dziecko żaba uwielbiała ten serial. I psa. Nawet swojemu dała z siostrą imię Szarik. Chyba w "Czterech pancernych" właśnie, po raz pierwszy usłyszała o Rustawelim i "Witeziu w tygrysiej skórze" (jak żaba pamięta Grigorij recytował Lidce fragment przemowy Awtandiła do Tinatiny).Książka się jej nie podobała, może dlatego, że była marna, a może dlatego, że gdy ją czytała, wiedziała już co nieco o historii Polski. Poza tym pewne rzeczy i przekłamania mniej raziły w filmie. I tak się to oglądało dla przygody, a nie prawdy historycznej. Oraz, oczywiście, dla Janka, jego poszukiwania ojca, Marusi, Lidki, Grigorija, Gustlika, Szarika, generalnie całej baśniowej załogi "Rudego".
czwartek, 21 stycznia 2010
Godzina Pąsowej Róży



Żaba zrealizowała żabie marzenie i jakieś dwa tygodnie temu poszła na sesję. W stylu retro, a jakże. „Godzina pąsowej róży” (kto to pamięta? Jedna z moich ulubionych lektur w wieku podlotkowym),„Komediantka”, pensja pani Latter, takie rzeczy. Atelier nazywa się „Klitka" i mieści na Pradze Północ, na odrestaurowanej Ząbkowskiej, co daje, zwłaszcza zimą, ciekawy efekt podróży w czasie. No, może nie aż o sto kilkadziesiąt lat, ale... Gdyby jeszcze samochodów tam nie puszczali i zachowali stary bruk!
W kawiarence, malutkiej (ledwie trzy stoliki) i kameralnej, stare serwetki i stoliki, stare bibeloty, zdjęcia, przytulnie, a bardziej współczesne obrazy, rzeźby i bizuteria hand made nie rażą. Zwłaszcza, że są ciekawe i mają „coś”, lekkie zakręcenie. Oglądałam piękny nowojorski album z fotografiami dzieci z końca XIX wieku, piłam herbatę, potem pani fotograf, Julita Delbar, zaprosiła mnie do garderoby. Stroje wdzięczne, piękne, nadgryzione nieco zębem czasu, ale też ten ząb nader stylowy. I urocze kapelusze. Jak w teatrze.
Zdjęć było bardzo dużo, a sama sesja, w trzech różnych kreacjach, męcząca. Nie spodziewałam się, że to aż takie trudne, pozować fotografowi. Trochę mi kolana drżały pod koniec... Niemniej, było bardzo miło. I nie mogę się oprzeć (wiem, wiem, narcyzm, itp.), żeby nie dać jednej czy dwóch, a nawet trzech małych fotek z przysłanej przeglądówki. Bez róży wprawdzie, ale różę każdy sobie może wyobrazić. A jutro dostanę wybrane zdjęcia, gotowe do oprawienia w ramki i powieszenia na ścianie!




sobota, 16 stycznia 2010
Miłość od pierwszego wejrzenia
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Żabie ślepka spojrzały, a żabie płetwy skręciły bez udziału woli w stronę second handu. Mufka na wystawie po prostu prosiła: „zabierz mnie stąd!” I żabka zabrała, założyła od razu i nosi, kiedy i jak się da. Bynajmniej nie tylko do płaszcza. Prawdopodobnie na okres letnio-wiosenny mufkę czeka zmiana – występ w roli torebki.
niedziela, 10 stycznia 2010
Klimaty
Lubię książki kucharskie.
Lubię też „Anię z Zielonego Wzgórza” – pamiętam ulubiony, stary egzemplarz z ilustracjami Bogdana Zieleńca, w płóciennej zielonej okładce.
Zebrawszy te fakty razem, Żabia Qchnia ma zaszczyt przedstawić wypróbowane i odpowiednie dla tych, których chwilowo mdli na widok zbytniej słodyczy:
szkockie ciasto maślane z „Kuchni z Zielonego Wzgórza” Elaine i Kelly Crawford.
„Szkockie ciasto maślane
1 szklanka masła
½ szklanki jasnobrązowego cukru, mocno ubitego w szklance
2 szklanki mąki
Szczypta soli
Starannie utrzyj masło. Pomału dodawaj do niego cukier, następnie powoli wymieszaj słodki tłuszcz z mąką i solą.
Przełóż ciasto na stolnicę i ugniataj, aż stanie się kruche. Następnie włóż masę do kwadratowej suchej blachy o boku 10 cali (25 cm). Roztrzep, nakłuj powierzchnię ciasta widelcem i piecz na małym ogniu (275 F – 135 C) około 25 minut.
Zalecamy użycie blachy o wymiarach 9x13 cali (23x33 cm), a także wydłużenie czasu pieczenia do 40-45 minut.”
W Żabiej Qchni z braku stolnicy wykorzystujemy cokolwiek drewnianego, ostatnio tackę. Mąka może być pszenna, może być chlebowa. Masło ma być porządne. Najlepiej świeże, wiejskie, ale że z tym różnie bywa może być i ze sklepu – byle dobre..
Lubię też „Anię z Zielonego Wzgórza” – pamiętam ulubiony, stary egzemplarz z ilustracjami Bogdana Zieleńca, w płóciennej zielonej okładce.
Zebrawszy te fakty razem, Żabia Qchnia ma zaszczyt przedstawić wypróbowane i odpowiednie dla tych, których chwilowo mdli na widok zbytniej słodyczy:
szkockie ciasto maślane z „Kuchni z Zielonego Wzgórza” Elaine i Kelly Crawford.
„Szkockie ciasto maślane
1 szklanka masła
½ szklanki jasnobrązowego cukru, mocno ubitego w szklance
2 szklanki mąki
Szczypta soli
Starannie utrzyj masło. Pomału dodawaj do niego cukier, następnie powoli wymieszaj słodki tłuszcz z mąką i solą.
Przełóż ciasto na stolnicę i ugniataj, aż stanie się kruche. Następnie włóż masę do kwadratowej suchej blachy o boku 10 cali (25 cm). Roztrzep, nakłuj powierzchnię ciasta widelcem i piecz na małym ogniu (275 F – 135 C) około 25 minut.
Zalecamy użycie blachy o wymiarach 9x13 cali (23x33 cm), a także wydłużenie czasu pieczenia do 40-45 minut.”
W Żabiej Qchni z braku stolnicy wykorzystujemy cokolwiek drewnianego, ostatnio tackę. Mąka może być pszenna, może być chlebowa. Masło ma być porządne. Najlepiej świeże, wiejskie, ale że z tym różnie bywa może być i ze sklepu – byle dobre..
Subskrybuj:
Posty (Atom)
żabi blok
Jako że jest to żabi blok (żabie rysunki będą, będą), witam potencjalnych czytelników stosownym i staroświeckim (jak na żabkę) : kum! kum! kum!